Miłego czytania ;)
Rozdział XV
*Oczami Percy'ego*
– To miejsce wydaje się być odpowiednie – wystękałem, poprawiając sobie Nica na ramieniu. Półbóg wymruczał coś niezrozumiale. – Co mówisz?
– Mówię, że wykręcisz mi ramię i tak, to miejsce nadaje się na postój równie mocno jak siedem poprzednich, ale mniejsza o to. Po prostu się tutaj rozłóżmy – dodał słabym głosem.
Od zniknięcia Evana minęły dwa dni. Nie udało nam się znaleźć żadnej poszlaki, a on sam dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Warto też wspomnieć o tym, że w tym czasie Nico znacznie osłabł. Jad pająka powoli wyniszczał jego ciało, a on sam zdawał się już przypominać cień. Musiałem pomagać mu przy chodzeniu – a on coraz częściej i dłużej musiał się o mnie opierać. Dwa razy zemdlał, nie mówiąc już o wymiotach i stale pojawiających się zimnych potach. Nie chciałem tego mówić głośno, ale wszyscy mieliśmy świadomość tego, że z Nickiem jest coraz gorzej. Ambrozja i Nektar nie pomagały dostatecznie – bałem się, że nie zdążymy znaleźć dla niego pomocy.
Rozbiliśmy obóz w lasku między drzewami, gdzie byliśmy dostatecznie dobrze ukryci przed niechcianymi spojrzeniami potencjalnych wrogów. Nie rozpalaliśmy ogniska, gdyż nie chcieliśmy, aby światło i dym wskazywały potworom drogę do nas. Na kolację postanowiliśmy posilić się suszonym mięsem i owocami. Mieliśmy też bakalie i różnego rodzaju batoniki, orzeszki, a także kilka puszek z czymś, co bardziej przypominało kocią karmę niż ludzki posiłek, toteż postanowiliśmy pozostawić to na koniec wyprawy.
Pomogliśmy Nickowi usiąść i oprzeć się o pień pobliskiego drzewa, następnie zacząłem wypakowywać jego śpiwór. Kiedy tego dokonałem, wyciągnąłem wszystkie potrzebne rzeczy do zmiany opatrunku i podszedłem do Nica i Leona, który właśnie sprawdzał chłopakowi temperaturę termometrem, który znalazł w swoim magicznym pasie na narzędzia.
– Super sprawa z tym pasem – przyznałem z podziwem.
– No nie? – Leo wyszczerzył zęby. – Zaraz wygrzebię z niego kilka rzeczy i zrobię pulsometr czy ciśnieniomierz. Musimy sprawdzić, jak się trzymasz – rzekł i poklepał Nica po policzku.
– Dzięki, doktorku – wymamrotał słabo. – Czuję się świetnie.
,,Chyba nie do końca świetnie" pomyślałem i przyjrzałem się mu z niepokojem. Stale się pocił, oczy mu łzawiły, źrenice były rozszerzone, co w jego przypadku było i tak ledwo widoczne ze względu na bardzo ciemne tęczówki. Spojrzeliśmy na siebie z Leonem i miałem wrażenie, że myślimy o tym samym.
– Nico – zacząłem. – Jest z tobą coraz gorzej, to się ciągnie już dwa dni...
– Musimy coś zrobić – dodał Valdez. – Nie wiemy, jak bardzo jadowity pająk cię ukąsił...
– Ja wiem – wystękał syn Hadesa.
– Naprawdę? Dlaczego nic nie powiedziałeś wcześniej?
– Bo był to tak zwany ptasznik australijski – rzekł z poważną miną.
Znowu po sobie spojrzeliśmy. Zmarszczyłem brwi.
– Skądś kojarzę tę nazwę. Nie brzmi zbyt przyjaźnie – zauważyłem.
– Nie bez powodu – odparł Nico z wysiłkiem. – Są bardzo jadowite. Pewnie gdyby nie to, że jestem półbogiem, byłbym już martwy. Z tym, że ten okaz był wyjątkowo... pokaźny. Musiały mieć jakieś powiązanie z magią, w naturze nie spotyka się takich gigantów – zakończył, lekko zasapany i odetchnął głęboko.
Nic na to nie odpowiedzieliśmy. Syn Hefajstosa szybko stworzył prowizoryczny ciśnieniomierz i zastosował go u chorego. ,,Lekarz Valdez do usług", rzekł i zasalutował, ja zaś przyniosłem mu chłodną, wilgotną szmatkę, którą przyłożyłem do gorącego, spoconego czoła chłopaka.
– Masz niskie ciśnienie, Nico – oznajmił Leo. – Za niskie. Z reguły masz w normie, prawda?
Nico skinął delikatnie głową. Podczas pobytu w Obozie Herosów przynajmniej raz na dwa tygodnie robimy podstawowe badania u dzieci Apollina, aby mieć pewność, że zawsze jesteśmy w formie.
– Okej – powiedział Leo, przeciągając samogłoski. – podam ci trochę Nektaru. Mam nadzieję, że nie wypali ci przełyku – wymruczał.
– Leo? – wyszeptałem, gdy się nieco oddaliliśmy.
– Tak, Perseuszu?
Żachnąłem się.
– Zabawne. Słuchaj, może powinniśmy spróbować skontaktować się z kimś z Obozu? Myślę, że Will czy Sabrina mogliby być pomocni, są przecież lekarzami, a my, no, nie mamy zbyt wielkiego doświadczenia w kwestiach medycznych.
– Ej, mów za siebie. Zmierzyłem mu ciśnienie, to już coś. – Poruszył brwiami.
– Nie świruj. Nie mamy pojęcia co zrobić w tej sytuacji...
– Totalnie – zgodził się. – Dobra, czyli pani Sabrina czy ktoś tam inny wskakuje na pokład. Weź użyj swoich super mocy i wytwórz tęczę. Nico! – zawołał. – Masz dobre kontakty z Willem, prawda?
– C-co? – wybełkotał heros, wybałuszając oczy.
– Z Willem Solace, z siódemki? – wyjaśnił i mrugnął. – Tam, gdzie mieszka też pewna ciemnowłosa ślicznotka i wcale nie mam na myśli jej siostry Christiny...
– Christina jest blondynką – zauważyłem, mrużąc oczy i pocierając brodę.
– Stary, psujesz całe napięcie... – wyszeptał niezadowolony.
– O co ci chodzi, Leo? – spytał Nico i spróbował unieść się lekko, jednak mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Ruszyłem do niego prędko i pomogłem mu nieco.
– Słuchaj, jesteś strasznie słaby. Chcemy użyć Iryfonu i porozmawiać z lekarzami obozowymi, najlepiej z Willem. W końcu to on uczy pozostałych, jest najlepszy w tej dziedzinie.
Chłopak kiwnął ledwie zauważalnie głową. Spojrzałem na Valdeza z powagą w oczach. Na jego twarzy również nie zauważyłem ani cienia uśmiechu.
Po paru minutach przed naszymi twarzami zawisła tęcza.
– O Irydo, bogini tęczy, przyjmij mą ofiarę – powiedziałem z szacunkiem i wrzuciłem złotą drachmę prosto w kolory unoszące się na wietrze. Następnie dodałem: – Pokaż mi Willa Solace.
****************************************************
Rozdział krótki, ale w najbliższym czasie mam zamiar wstawić kolejny, już rozpisany ;).
Pewnie nikt już tego nie czyta, ale przynajmniej mam jakąś tam satysfakcję hahah.
Trzymajcie się, herosi <3
xoxo
Ann
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Witaj, strudzony wędrowcze!
Bardzo mnie cieszy, że kliknąłeś, aby dodać komentarz. Nie wstydź się swojej opinii; pisz szczerze i często!