Enjoy, my ladies...
ROZDZIAŁ XIV
*Oczami Nica*
Podróż dłużyła nam się niemiłosiernie. Na szczęście postój w McDonaldzie nieco poprawił nasze nastroje, jednak nie dało się ukryć, że wszyscy byliśmy dosyć markotni. Nic dziwnego zresztą – Leo zostawił swoją miłość, Percy szukał swojej miłości, a ja nawet nie byłem pewien, czy ją mam. W pewnym momencie Valdez zasnął, śliniąc się na moje ramię (fuj). Po jakimś czasie również syn Posejdona wymruczał ciche ,,dobranoc". Westchnąłem ciężko i zapatrzyłem się w ciemne chmury wijące się po niebie. Nagle jednak moją uwagę zwrócił głos mężczyzny w radiu, informujący o aktualnych wydarzeniach: ,,...najnowsze informacje: zeszłej nocy w pobliskim Brantford Twin Valley Zoo doszło do awarii – wszystkie zabezpieczenia oraz zamknięcia w punkcie z pajęczakami zostały wyłączone z niewyjaśnio-nych przyczyn, a ośmionożne zwierzęta wydostały się na wolność, siejąc zamęt. Były wśród nich gatunki zagrożone wyginięciem, a także osobniki silnie jadowite. Aktualnie trwają poszukiwania. Zarówno mieszkańców, jak i turystów prosimy o zachowanie ostrożności...".
Otworzyłem szerzej oczy i potrząsnąłem Percy'm.
– Co jest? – wymruczał.
– Słyszałeś, co mówili w radiu? – spytałem i powtórzyłem mu wszystkie informacje. – To całkiem po drodze, możemy tam zajechać.
– To wydaje się być podejrzane. Nie wierzę, że te robaczki same stamtąd uciekły. – Zamyślił się. – To może być związane z Annabeth. Dobra, jedźmy tam.
***
– Sporo glin – rzekł Leo, gdy byliśmy na miejscu.
Rzeczywiście, zoo ucierpiało. Policjanci wraz z psami stróżującymi kręcili się praktycznie wszędzie, nigdzie też nie było widać turystów, za to można było dostrzec dziennikarzy krążących wokół obsługi.
– Nie wejdziemy tam – powiedziałem cicho.
– Tak sądzisz? – spytał Percy z błyskiem w oku. – Chodźcie, znajdźmy ustronne miejsce z mnóstwem cienia, który możnaby jakoś wykorzystać, na przykład do transportu...
Ach, no tak, pomyślałem. Już wiem, dlaczego mnie zabrał na tę misję.
Przeszliśmy spokojnie obok wejścia, po czym okazało się, że wykonanie naszego plany nie będzie takie proste, jak myśleliśmy. Niedaleko nas dwóch mężczyzn przyglądało nam się spod byka, bacznie obserwując każdy nasz ruch. Zauważyłem, jak Percy chwyta swój magiczny długopis.
– Spokojnie, chłopcy – rzekł Leo nonszalanckim tonem. – Ja to załatwię – dodał i dumnie wypiął pierś do przodu.
Rozejrzałem się dookoła i nagle włosy stanęły mi na karku. Każdy gliniarz, dziennikarz, a nawet pies stał nieruchomo, patrząc na nas. Coś zaczynało mi tu śmierdzieć. Leo, który już ruszył w ich stronę, stanął gwałtownie w miejscu.
– Chłopaki, chyba mamy problem – odezwał się cicho Percy.
– To nie wygląda zbyt dobrze – zgodził się Leo. – Hej, ziomeczki! Jak wam mijają wakacje?! – krzyknął nagle, a ja miałem ochotę go udusić. – Wpadliśmy, żeby zobaczyć kolorowe pajączki, ale obawiam się, że się spóźniliśmy. Jaka szkoda! – westchnął teatralnie.
Mężczyzna stojący najbliżej nas zarechotał.
– Chcesz zobaczyć pajączki? No to patrz uważnie...
To, co potem zobaczyliśmy, na zawsze pozostanie zapewne jednym z głównych tematów moich koszmarów. Policjant zaczął się trząść jak epileptyk, a na jego ciele ujrzałem wypustki. Nie, moment. To były nogi. Czarne, pajęcze nogi zaczęły się przebijać przez całe jego ciało, pustosząc je, rozrywając i pożerając po drodze. Po chwili nie było już nic, tylko postrzępiona koszulka i pół buta oficera oraz włochate pająki, które wysypały się na ziemię. Było ich mnóstwo. I wtedy zdałem sobie sprawę, że reszta osób na terenie zoo także rozpoczęła przemianę. Wzdrygnąłem się i chwyciłem mój ciemny miecz, chociaż wiedziałem, że i tak mi się nie przyda przy takim przeciwniku.
Po chwili stało przed nami całe morze pająków. Super, pomyślałem. Zostaniemy pożarci przez stado pajęczaków. Jakże bohaterska śmierć.
– Okej, to było obrzydliwe – powiedział Percy zszokowany i odkręcił zatyczkę długopisu, a ten przemienił się w miecz.
– Gorsze rzeczy się widziało. – Leo wzruszył ramionami. – No dobra, moi kochani. Czas na transformację! – krzyknął i stanął w ogniu. W jego dłoniach pojawiły się dwie ogniste kule, które cisnął prosto w monstra, aż te zaczęły wydawać piski.
– Nieźle – uznałem i skupiłem się. Ukucnąłem prędko, dotykając ziemi wolną ręką. Na mojej skroni pojawiła się kropelka potu, ale zignorowałem to. Wzywanie umarłych z zaświatów wymagało wysiłku. Kiedy już myślałem, że nie zostanę wysłuchany, z ziemi niedaleko mnie zaczęli wyłaniać się zmarli, rozgrzebując grunt.
– No i super – mruknąłem. – Moja załogo – brać ich.
I okej, to było hiper-obrzydliwe, ale moi poddani zaczęli ich po prostu ... zjadać. Niemniej, pająków ubywało, więc plan działał. Zdążyłem się uśmiechnąć na ten widok, gdy dosłownie znikąd pojawiła się przede mną fala wody, ochlapując mnie od stóp, do głów.
– Hej! – krzyknęliśmy razem z Valdezem, któremu woda ugasiła płomienie.
– Wybaczcie, chłopaki! – krzyknął tylko syn Posejdona i staranował część robactwa. Podzieliliśmy się na trzy sektory, chociaż w rezultacie wyszło tak, że umarli zjadali niedobitków po falach i ognistych kulach. Cóż, tak czy inaczej byli przydatni ze swoją zawziętością.
W końcu, po długiej walce, gdy wezwałem kolejnych poddanych, aby dojedli resztki – wiem, nadal ohydne, wybaczcie – wszyscy trzej oparliśmy się o furtkę, dysząc ciężko. Schowałem powoli miecz, którego użyłem ledwie parę razy. Nagle syknąłem głośno, czując nagły, ostry ból w lewej nodze. Spojrzałem w dół i zobaczyłem ostatniego walczącego pająka. Był malutki, jednak jego ośmionożne ciałko przyprawiło mnie o mdłości.
– Cholera. – Leo zrzucił ze mnie zwierzę i zdeptał, zostawiając jedynie plamę. – Pokaż to szybko.
Odsłoniłem miejsce ugryzienia i skrzywiłem się lekko. Noga zaczęła mi puchnąć niemalże od razu.
– Podajcie mi Nektar. Szybko – wychrypiałem. Wziąłem butelkę od Percy'ego i polałem nieco cieczy na ranę. Ból minimalnie ustąpił, jednak nie całkowicie. Wypiłem trzy małe łyki i odstawiłem naczynie na bok. Syn Posejdona spojrzał na mnie.
– To był jadowity pająk – powiedział z powagą. – Trzeba będzie wyssać jad. – Spojrzał na Valdeza. – Masz ochotę?
– Proponuję uczciwą rozgrywkę w papier, kamień, nożyce.
– Brzmi rozsądnie.
Jeżeli zastanawia was, jak się czułem w tej sytuacji, to odpowiem: dziwnie. No ale dobra, stałem tam sobie z boku i przyglądałem się, jak grają o to, który będzie ssał moją łydkę. Mrrr.
No i cóż, wypadło na Percy'ego. Syn morza zaklął po cichu.
– Tylko nie próbujcie tego dokumentować – powiedział i spojrzał dobitnie na Valdeza.
– Spokojnie, luzik. – Leo uniósł dłonie na znak pokory. – Ale to wspomnienie na zawsze pozostanie w mej pamięci – dodał i wyszczerzył się od ucha do ucha.
A potem... dobra, wiecie co? Może nie będę wam tego opisywał. Powiem tylko, że operacja zakończyła się sukcesem.
– Dobra – rzekł na koniec Jackson. – Zrobiłem, co mogłem. Na pewno... o, dzięki – powiedział do Leona, który przyniósł nam butelki z wodą z automatu z zoo. – Na pewno trochę trucizny tam pozostało.
– Raczej jadu – sprostowałem i skrzywiłem się, nadal czując pulsowanie w nodze.
– Jeden pies. Musisz nadal pić Nektar co jakiś czas. I zrobimy ci zaraz opatrunek.
– Dzięki. Nie wiem, czy ja bym dał radę tobie ssać nogę – powiedziałem, po czym zmarszczyłem brwi. – Wiesz co? Zapomnijmy o tym, okej?
– Zdecydowanie – zgodził się szybko i założył mi bandaż.
– Dobra, miśki – odezwał się Leo i klasnął w dłonie. – Powinniśmy chyba wrócić do poszukiwań. Nico, dasz radę chodzić?
– Powinienem – odparłem i podniosłem się ciężko. Trochę kulałem, ale chodzić chodziłem.
– Te pająki... – zamyślił się Percy. – Nie wygląda mi to zbyt dobrze. Hej, spójrzcie. – Półbóg wskazał drzwi do pomieszczenia dla pracowników. Przyjrzałem się uważniej – klamka zdawała się być owinięta jakimiś sznurkami.
– Czy to jest... – zacząłem.
– Pajęcza sieć.
Przeskoczyliśmy przez bramę – ja wprawdzie dość pokracznie, ale jednak – i ruszyliśmy w tamtą stronę.
Uchyliłem ostrożnie drzwi. Zaskrzypiały. Skrzywiłem się lekko, ściskając w wolnej dłoni miecz. Z głębi dochodziły do nas jakieś... jęki? Zmarszczyłem brwi i popchnąłem drzwi na całą szerokość. Przed nami widniał niewielki pokoik z dwoma biurkami zawalonymi papierami i dokumentami. Niezgaszona lampa błyskała złowrogo z krańca pomieszczenia. Kilka niesfornych much obijało się o okna, pragnąc wylecieć z dusznego pokoiku. Warto też zauważyć, że z niemalże każdego kąta pomieszczenia wystawały pajęczyny. Nie wyglądało na to, żeby często tu sprzątano. Wzdrygnąłem się i przyjrzałem uważniej. Po ścianach również biegły pajęcze nici – wszystkie prowadziły do wnęki za szerokim biurkiem. Stamtąd również dochodziły stłumione pojękiwania.
Leo został na czatach, a my weszliśmy powoli, trzymając broń w pogotowiu. Zrobiłem parę kroków naprzód i... zamarłem, ujrzawszy ogromny, jęczący kokon.
– Ble – wymamrotał Percy, wyciągając mały sztylet. Skrzywił się i spojrzał niepewnie na sztylet. – Chyba trzeba będzie to... otworzyć. – To mówiąc, zaczął rozcinać powłokę. O dziwo była ona całkiem mocna – to nie mogły być nici zwykłego pajączka.
Nagle z głębi kokonu zaczęło wyrywać się... ludzkie ciało. Usłyszałem, jak postać łapie ciężko powietrze i oddycha przerywanie. Percy odciął fragment kokonu, który zasłaniał głowę i ujrzeliśmy...
– Evan? – odezwał się Percy zaskoczony.
– Wody... – wychrypiał tylko. Szybko znalazłem butelkę i podałem mu ją.
Poczekaliśmy, aż chłopak doszedł do siebie, w międzyczasie informując Leona o zaistniałej sytuacji. Zacisnąłem mocno usta. Jak on się tam znalazł? I w ogóle co tu się wydarzyło?
– Jesteś ranny? – usłyszałem po chwili. Spojrzałem na syna Ateny – cały drżał ze strachu.
– Chyba nie. No, może poza drobnymi zadrapaniami. – Evan podrapał się po głowie i spojrzał na nas. – Percy i Nico, prawda?
– A tu Leo! – krzyknął wesoło syn Hefajstosa, wychylając się zza drzwi wejściowych.
– Ach, no tak. Na ratunek przybyli mi sami wielcy herosi. Któż by inny? – W jego głosie usłyszałem nieprzyjazną nutę.
– Masz coś do wielkich herosów? – zapytał nonszalancko Leo.
– Hola, spokojnie. – Percy przyjrzał im się uważnie. – Coś nie tak, Evan? Ostatecznie mogłeś się udusić w tym kokonie.
– Raczej zgnić – sprostował Leo.
– Nieważne. – Z Evana jakby uleciał strach, a jego miejsce zastąpiła irytacja. – Dzięki za pomoc, teraz muszę już iść. – Zaczął się chwiejnie podnosić.
– Żartujesz sobie? – zdenerwował się Percy. – Tak po prostu chcesz wstać i sobie pójść? Może chociaż nam opowiesz co się stało?
– Niewiele pamiętam, okej? – odparł poirytowany. – Przyszedłem rano do zoo, tak po prostu, bo byłem ciekawy. A potem zaatakowały mnie te... pająki. – Ostatnie słowo wypowiedział z czystym obrzydzeniem. No tak, pomyślałem, Evan jest dzieckiem Ateny. To oczywiste, że panicznie boi się wszystkiego, co ma osiem nóg. – Jeden z nich ugryzł mnie i straciłem przytomność. A teraz jestem tu. Ot, cała historia. – Ukłonił się na zakończenie.
Syn Posejdona przyjrzał mu się uważnie.
– Ale kręcisz – stwierdził. – To może powiedz nam, czy wiesz co się dzieje z twoją siostrą?
Evan uśmiechnął się powoli.
– No tak. Przecież to oczywiste. Dlatego tu jesteście. – Pokręcił głową. – Annabeth jest na tajnej misji. Więcej nie mogę powiedzieć.– Wzruszył zawadiacko ramionami.
– Lepiej mów wszystko co wiesz, od tego może zależeć jej życie. – Percy patrzył na niego twardym wzrokiem, szukając jakichś luk w jego pewnej postawie, które mógłby wykorzystać.
– Ha, no nie, już rozumiem! – Chłopak uśmiechnął się szeroko. – Nic ci nie powiedziała, co? Więc teraz błądzicie, czepiając się wszystkiego, co mogłoby was do niej doprowadzić. Biedny, zakochany Percy Jackson. Och, to musi być potworne uczucie, kiedy najbliższa ci osoba jednak nie ufa ci na tyle, by...
Więcej nie powiedział, gdyż Percy w ułamku sekundy przyłożył miecz do jego krtani.
– Wierz mi, że nie chcesz mieć we mnie wroga – wysyczał mu przed twarzą. Evan patrzył na niego beznamiętnie. – Lepiej powiedz, co wiesz. Ostrzegam ostatni raz.
– Percy – powiedziałem i położyłem mu dłoń na ramieniu. – On nic nam nie powie, nie ma co truć sobie nerwów.
– Okej – odparł, powoli opuszczając ostrze.
– Powinniśmy przeczesać teren i sprawdzić, czy nie ma tu jeszcze czegoś niepokojącego. A jego zostawcie, albo pójdzie z nami, albo nie. Nie potrzebujemy tu takiego idioty.
A jednak, o dziwo, syn Ateny nie poszedł w swoją stronę. Podążał za nami, podczas gdy my sprawdzaliśmy, czy w pobliżu nie ma jeszcze jakichś potworów czy innych niebezpieczeństw. Przeszukaliśmy wszystkie pomieszczenia, wszystkie klatki i wszystkie kąty w zoo, ale nie znaleźliśmy nic, co by zwróciło naszą uwagę jakoś bardziej. No, może poza Leonem, który odkrył budkę z hotdogami i od razu skorzystał z okazji, aby nam upichcić kolację. Tak więc po skończonym posiłku uzgodniliśmy, że powinniśmy znaleźć miejsce na nocleg – zrobiło się już ciemno.
Evan chodził krok w krok za nami, jednak w pewnym momencie, gdy szykowaliśmy jeden z opuszczonych lokali na tymczasową sypialnię, zorientowałem się, że półbóg zniknął.
– Evan? Hej, nie ma go – powiedziałem zdziwiony do reszty i wyszedłem, aby go poszukać. – Evan? Ev... O bogowie, Leo, Percy, szybko! – krzyknąłem i pobiegłem prosto przed siebie – do placu z ogromnym i bardzo głodnym lwem, który właśnie skoczył na syna Ateny.
Ten dzień coraz bardziej mnie zaskakiwał.
Evan darł się teraz wniebogłosy, jednak był zbyt daleko. Na moich oczach zwierzę rozdarło ciało chłopaka i rozpoczęło swą ucztę. Odwróciłem wzrok – nawet, jeśli śmierć nie była mi obca, to tego typu widoki wcale nie należały do przyjemnych.
– Nie... – wyszeptał Leo obok mnie i zaczął biec w tamtą stronę.
– Leo, stój! – krzyknąłem i wraz z Percy'm ruszyłem za nim, chociaż wiedziałem, że już go nie uratujemy.
Nagle stanąłem w miejscu i, zszokowany, przyjrzałem się uważniej całej tej scenerii. Valdez, który pragnął uratować szczątki półboga, zaczął wściekle miotać ogniem w stronę lwa, jednak ten zgrabnie uskakiwał przed jego pociskami. W świetle płomieni dostrzegłem pewne migotanie w ciele zwierzęcia.
Nie, to niemożliwe, pomyślałem, ale podszedłem bliżej, by się upewnić. Tak jak podejrzewałem, nie wyczułem śmierci.
– Leo – powiedziałem, jednak on nie zareagował. – Leo! – powtórzyłem ostrzej. – Możesz przestać.
– Co? – Był zbity z tropu. – Ale...
– On nie umarł. To iluzja – dodałem smętnie i podniosłem kamyka z ziemi, po czym rzuciłem go w "martwe" ciało Evana. Tak jak sądziłem, przeleciał przez nie bez przeszkód.
Leo wyglądał, jakby uszło z niego powietrze.
– Ale... jak to?
– Przecież to syn Ateny, oni nie posiadają magicznych mocy. Nie takich – dodał Jackson, równie mocno zmieszany.
– On może i nie miał, ale ktoś, kto mu pomagał, już tak.
Wstąpiłem w cień i po chwili znalazłem się na wybiegu lwa. Podszedłem do niego powoli, chwytając miecz. Zwierzę przygotowało się do skoku i wzbiło się w powietrze. Już po chwili lew znalazł się parę metrów przede mną i zaczął biec w moją stronę.
Jedno gładkie pchnięcie mieczem – i cała iluzja rozwiała się, tworząc coraz rzadszą mgłę wokół nas.
– Panowie – powiedziałem. – Chyba w pobliżu kręci się oszust.
Przeskoczyliśmy przez bramę – ja wprawdzie dość pokracznie, ale jednak – i ruszyliśmy w tamtą stronę.
Uchyliłem ostrożnie drzwi. Zaskrzypiały. Skrzywiłem się lekko, ściskając w wolnej dłoni miecz. Z głębi dochodziły do nas jakieś... jęki? Zmarszczyłem brwi i popchnąłem drzwi na całą szerokość. Przed nami widniał niewielki pokoik z dwoma biurkami zawalonymi papierami i dokumentami. Niezgaszona lampa błyskała złowrogo z krańca pomieszczenia. Kilka niesfornych much obijało się o okna, pragnąc wylecieć z dusznego pokoiku. Warto też zauważyć, że z niemalże każdego kąta pomieszczenia wystawały pajęczyny. Nie wyglądało na to, żeby często tu sprzątano. Wzdrygnąłem się i przyjrzałem uważniej. Po ścianach również biegły pajęcze nici – wszystkie prowadziły do wnęki za szerokim biurkiem. Stamtąd również dochodziły stłumione pojękiwania.
Leo został na czatach, a my weszliśmy powoli, trzymając broń w pogotowiu. Zrobiłem parę kroków naprzód i... zamarłem, ujrzawszy ogromny, jęczący kokon.
– Ble – wymamrotał Percy, wyciągając mały sztylet. Skrzywił się i spojrzał niepewnie na sztylet. – Chyba trzeba będzie to... otworzyć. – To mówiąc, zaczął rozcinać powłokę. O dziwo była ona całkiem mocna – to nie mogły być nici zwykłego pajączka.
Nagle z głębi kokonu zaczęło wyrywać się... ludzkie ciało. Usłyszałem, jak postać łapie ciężko powietrze i oddycha przerywanie. Percy odciął fragment kokonu, który zasłaniał głowę i ujrzeliśmy...
– Evan? – odezwał się Percy zaskoczony.
– Wody... – wychrypiał tylko. Szybko znalazłem butelkę i podałem mu ją.
Poczekaliśmy, aż chłopak doszedł do siebie, w międzyczasie informując Leona o zaistniałej sytuacji. Zacisnąłem mocno usta. Jak on się tam znalazł? I w ogóle co tu się wydarzyło?
– Jesteś ranny? – usłyszałem po chwili. Spojrzałem na syna Ateny – cały drżał ze strachu.
– Chyba nie. No, może poza drobnymi zadrapaniami. – Evan podrapał się po głowie i spojrzał na nas. – Percy i Nico, prawda?
– A tu Leo! – krzyknął wesoło syn Hefajstosa, wychylając się zza drzwi wejściowych.
– Ach, no tak. Na ratunek przybyli mi sami wielcy herosi. Któż by inny? – W jego głosie usłyszałem nieprzyjazną nutę.
– Masz coś do wielkich herosów? – zapytał nonszalancko Leo.
– Hola, spokojnie. – Percy przyjrzał im się uważnie. – Coś nie tak, Evan? Ostatecznie mogłeś się udusić w tym kokonie.
– Raczej zgnić – sprostował Leo.
– Nieważne. – Z Evana jakby uleciał strach, a jego miejsce zastąpiła irytacja. – Dzięki za pomoc, teraz muszę już iść. – Zaczął się chwiejnie podnosić.
– Żartujesz sobie? – zdenerwował się Percy. – Tak po prostu chcesz wstać i sobie pójść? Może chociaż nam opowiesz co się stało?
– Niewiele pamiętam, okej? – odparł poirytowany. – Przyszedłem rano do zoo, tak po prostu, bo byłem ciekawy. A potem zaatakowały mnie te... pająki. – Ostatnie słowo wypowiedział z czystym obrzydzeniem. No tak, pomyślałem, Evan jest dzieckiem Ateny. To oczywiste, że panicznie boi się wszystkiego, co ma osiem nóg. – Jeden z nich ugryzł mnie i straciłem przytomność. A teraz jestem tu. Ot, cała historia. – Ukłonił się na zakończenie.
Syn Posejdona przyjrzał mu się uważnie.
– Ale kręcisz – stwierdził. – To może powiedz nam, czy wiesz co się dzieje z twoją siostrą?
Evan uśmiechnął się powoli.
– No tak. Przecież to oczywiste. Dlatego tu jesteście. – Pokręcił głową. – Annabeth jest na tajnej misji. Więcej nie mogę powiedzieć.– Wzruszył zawadiacko ramionami.
– Lepiej mów wszystko co wiesz, od tego może zależeć jej życie. – Percy patrzył na niego twardym wzrokiem, szukając jakichś luk w jego pewnej postawie, które mógłby wykorzystać.
– Ha, no nie, już rozumiem! – Chłopak uśmiechnął się szeroko. – Nic ci nie powiedziała, co? Więc teraz błądzicie, czepiając się wszystkiego, co mogłoby was do niej doprowadzić. Biedny, zakochany Percy Jackson. Och, to musi być potworne uczucie, kiedy najbliższa ci osoba jednak nie ufa ci na tyle, by...
Więcej nie powiedział, gdyż Percy w ułamku sekundy przyłożył miecz do jego krtani.
– Wierz mi, że nie chcesz mieć we mnie wroga – wysyczał mu przed twarzą. Evan patrzył na niego beznamiętnie. – Lepiej powiedz, co wiesz. Ostrzegam ostatni raz.
– Percy – powiedziałem i położyłem mu dłoń na ramieniu. – On nic nam nie powie, nie ma co truć sobie nerwów.
– Okej – odparł, powoli opuszczając ostrze.
– Powinniśmy przeczesać teren i sprawdzić, czy nie ma tu jeszcze czegoś niepokojącego. A jego zostawcie, albo pójdzie z nami, albo nie. Nie potrzebujemy tu takiego idioty.
A jednak, o dziwo, syn Ateny nie poszedł w swoją stronę. Podążał za nami, podczas gdy my sprawdzaliśmy, czy w pobliżu nie ma jeszcze jakichś potworów czy innych niebezpieczeństw. Przeszukaliśmy wszystkie pomieszczenia, wszystkie klatki i wszystkie kąty w zoo, ale nie znaleźliśmy nic, co by zwróciło naszą uwagę jakoś bardziej. No, może poza Leonem, który odkrył budkę z hotdogami i od razu skorzystał z okazji, aby nam upichcić kolację. Tak więc po skończonym posiłku uzgodniliśmy, że powinniśmy znaleźć miejsce na nocleg – zrobiło się już ciemno.
Evan chodził krok w krok za nami, jednak w pewnym momencie, gdy szykowaliśmy jeden z opuszczonych lokali na tymczasową sypialnię, zorientowałem się, że półbóg zniknął.
– Evan? Hej, nie ma go – powiedziałem zdziwiony do reszty i wyszedłem, aby go poszukać. – Evan? Ev... O bogowie, Leo, Percy, szybko! – krzyknąłem i pobiegłem prosto przed siebie – do placu z ogromnym i bardzo głodnym lwem, który właśnie skoczył na syna Ateny.
Ten dzień coraz bardziej mnie zaskakiwał.
Evan darł się teraz wniebogłosy, jednak był zbyt daleko. Na moich oczach zwierzę rozdarło ciało chłopaka i rozpoczęło swą ucztę. Odwróciłem wzrok – nawet, jeśli śmierć nie była mi obca, to tego typu widoki wcale nie należały do przyjemnych.
– Nie... – wyszeptał Leo obok mnie i zaczął biec w tamtą stronę.
– Leo, stój! – krzyknąłem i wraz z Percy'm ruszyłem za nim, chociaż wiedziałem, że już go nie uratujemy.
Nagle stanąłem w miejscu i, zszokowany, przyjrzałem się uważniej całej tej scenerii. Valdez, który pragnął uratować szczątki półboga, zaczął wściekle miotać ogniem w stronę lwa, jednak ten zgrabnie uskakiwał przed jego pociskami. W świetle płomieni dostrzegłem pewne migotanie w ciele zwierzęcia.
Nie, to niemożliwe, pomyślałem, ale podszedłem bliżej, by się upewnić. Tak jak podejrzewałem, nie wyczułem śmierci.
– Leo – powiedziałem, jednak on nie zareagował. – Leo! – powtórzyłem ostrzej. – Możesz przestać.
– Co? – Był zbity z tropu. – Ale...
– On nie umarł. To iluzja – dodałem smętnie i podniosłem kamyka z ziemi, po czym rzuciłem go w "martwe" ciało Evana. Tak jak sądziłem, przeleciał przez nie bez przeszkód.
Leo wyglądał, jakby uszło z niego powietrze.
– Ale... jak to?
– Przecież to syn Ateny, oni nie posiadają magicznych mocy. Nie takich – dodał Jackson, równie mocno zmieszany.
– On może i nie miał, ale ktoś, kto mu pomagał, już tak.
Wstąpiłem w cień i po chwili znalazłem się na wybiegu lwa. Podszedłem do niego powoli, chwytając miecz. Zwierzę przygotowało się do skoku i wzbiło się w powietrze. Już po chwili lew znalazł się parę metrów przede mną i zaczął biec w moją stronę.
Jedno gładkie pchnięcie mieczem – i cała iluzja rozwiała się, tworząc coraz rzadszą mgłę wokół nas.
– Panowie – powiedziałem. – Chyba w pobliżu kręci się oszust.
O cholercia, z rozdziału na rozdział utwierdzam się w przekonaniu, że czytanie ficów bez znajomości kanonu to szalone zadanie, ale ja nie podołam? Fajnie, że jest akcja, lekki humor i konflikty, zwłaszcza, że ci to wychodzi. Mam jednak małą uwagę: lecisz trochę po łebkach, co powiesz na bardziej szczegółowe opisy? Tempo akcji wydaje się w niektórych miejscach zbyt szybkie. Tylko nie rób z tego "Nad Niemnem" broń cię Pan.
OdpowiedzUsuńPS. Zirytował mnie Evan, miałam nadzieję, że naprawdę umrze :c
Pozdrowienia z przestrzeni kosmicznej,
Beton
Dzięki ci dobry człowieku za szczerą opinię. Powiem ci, że to prawda - najzwyczajniej w świecie nie chce mi się opisywać niektórych momentów, no i trochę leń ze mnie, ale co ja zrobię xd. Ale cieszę się, że się podobało, mi osobiście ten rozdział nie odpowiadał xD.
UsuńPS. No ja wiem, ja też mam nadzieję, że umrze tak rly
Buzi,
Annabell
Ja tu za momencik wrócę i napiszę coś konstruktywnego, jak nadrobię kilka rozdziałów. Może być? ;)
OdpowiedzUsuńCóż innego mogę powiedzieć niż ,,W porządku"? :)
Usuńxoxo