Jako iż pisanie na telefonie nie jest najwygodniejsze, po prostu przejdę do rozdziału.
Enjoy heroes!
ROZDZIAŁ XIII
*Oczami Nica*
– Obudź się, księżniczko! – usłyszałem nagle, wybudzając się ze snu.
– Co do cholery – mruknąłem, mrużąc oczy.
Rozejrzałem się po pokoju i zobaczyłem Leona, który właśnie odsłaniał moje okna. Światło uderzyło w moje ślepia, a ja z jękiem ukryłem twarz w poduszce.
– Hej, wstawaj. Za dwadzieścia minut wyjeżdżamy na misję, pamiętasz?
– Czekaj, co?! – krzyknąłem i zerwałem się z łóżka, łapiąc po drodze ubrania. – To dzisiaj?
– Tak, śpiąca królewno.
– Nie nazywaj mnie tak – warknąłem.
– No już, okej. Masz spakowany plecak? – spytał z uśmiechem.
– Um, tak, tak. Spakowałem się wczoraj – odparłem rozkojarzony, szukając czystych skarpetek.
– Chociaż tyle.
– A ty już gotowy, że tak się mądrzysz? – odgryzłem się.
– Tia. Jeszcze tylko muszę pójść do Kalipso. Wiesz, jej rycerz odjeżdża, więc trzeba ją pocieszyć. I zaspokoić jej potrzeby. Psychiczne, emocjonalne, fizyczne...
– Potrzeby? – parsknąłem.
– Jak najbardziej – wyszczerzył się.
– Dobra, o nic nie pytam. – pokręciłem głową. – Okej, leć do niej, ja już sobie poradzę. Za dwadzieścia minut pod Sosną Thalii, tak?
– Dokładnie tak, księżniczko. – Zdążył zniknąć, zanim moja poduszka do niego doleciała.
Po nie tak długiej chwili byłem gotowy do drogi i praktycznie gnałem, by nie spóźnić się na spotkanie z Chejronem, a mój miecz ze stygijskiego żelaza boleśnie obijał się o moje lewe udo.
Na umówionym miejscu ujrzałem czekających już na mnie Percy'ego, Leona i Chejrona. Oboje herosi byli już gotowi do domu. Leo miał zawieszony swój magiczny pas na narzędzia, a i jeden, i drugi półbóg nosił na ramieniu plecak. Syn Posejdona trzymał w dłoni jakąś dziwną muszlę, chyba morską, ale nie miałem pewności. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowały mnie muszle.
– Witaj, Nico – rzekł na powitanie Chejron.
Kiwnąłem wszystkim głową na powitanie.
– Jakieś wskazówki na drogę? – spytałem centaura.
– Zaraz dowiemy się, gdzie musicie się udać. Percy, wytłumacz chłopcom o czym mówię.
Syn Posejdona wskazał na muszlę, którą mocno trzymał w dłoni.
– To jest prezent od mojego ojca. Można jej zadać pytanie, a ona, no cóż, odpowie. Wystarczy tylko przyłożyć jej, ten no, otwór do ust, a potem do ucha.
Leo parsknął cicho i już miał to skomentować, lecz spojrzał na Chejrona i w ostatniej chwili się powstrzymał, drapiąc się po szczęce. Percy spojrzał na niego lekko rozbawiony i kontynuował:
– Niestety, zostały mi tylko dwa pytania do wykorzystania. Jedno zmarnowałem – rzekł zmieszany. – Ale za to teraz wiem, żeby nie zapuszczać brody – dodał ledwie słyszalnie i odchrząknął, a ja niemalże od razu usłyszałem śmiech Valdeza koło ucha. Percy również się lekko roześmiał. Po chwili spróbował się opanować i dokończył poprzednią myśl : – Teraz możemy użyć muszli, by dowiedzieć się, gdzie mamy się udać, chociaż... mam pewną propozycję, co to może być.
Chejron skupił na nim wzrok.
– Co masz na myśli?
– Cóż, rozmawiałem trochę z bratem Annabeth, Malcolmem. Poszperał trochę w książkach, na mapie i... Cóż, Ontario może oznaczać kilka rzeczy, czyli prowincję Kanady, miasto we wschodniej części Stanów Zjednoczonych lub jezioro. Wątpię jednak, że chodzi o prowincję, wiecie, prowincje są dość, jakby to ująć, duże. A nie sądzę, że wskazówka byłaby tak bardzo ogólnikowa – dodał jeszcze i spojrzał na nas, czekając na reakcję.
Pokiwaliśmy głowami.
– To ma sens – powiedziałem.
– Też tak myślę – odparł Percy. – No i zostaje miasto lub jezioro – ale jeżeli mamy się opierać na snach moich i Rachel, to...
– ... Miasto nie wchodzi w grę – dokończyłem.
– Głazy, drzewa, pająki, potwory... Wszystko pasuje do obrazu jeziora – zgodził się Leo.
– Dokładnie. Nie wygląda to na obraz miasta.
Percy spojrzał na mnie.
– No właśnie. Dlatego powinniśmy najpierw przeszukać okolice jeziora.
Chejron pokiwał smętnie głową.
– Najprawdopodobniej będzie to pułapka. Ktoś chce was zwabić w tamto miejsce. Nie wiem kto i w jakim celu, ale musicie być ostrożni. Niebezpieczeństwo może czyhać z każdej strony – ostrzegł centaur. – Czy wszyscy macie zapas Nektaru i Ambrozji?
– Tak – odparliśmy zgodnie.
– Więc życzę wam szerokiej drogi i niech bogowie mają was w swojej opiece. Bądźcie rozważni – dodał jeszcze i pożegnał się z każdym z nas.
Po paru minutach obok nas pojawiła się czarna limuzyna prowadzona przez Argusa, niezwykle małomównego tytana, który jest stróżem Obozu Herosów. Ponadto warto nadmienić, że nasz kierowca ma oczy dookoła głowy – i to dosłownie, ponieważ całe jego ciało pokrywa 50 jasnobłękitnych oczu. Ponoć jedno z nich jest na języku, takie przynajmniej krążą plotki. Nikt jednak nigdy tego nie odkrył, ponieważ Argus nigdy się nie odzywa. Przypadek? Nie sądzę.
Już mieliśmy wsiadać do limuzyny, gdy z oddali doszły nas wołania. Biegli ku nam Tyson i Kalipso.
– O nie, lepiej uciekajmy – zaczął Leo, a na jego twarzy pojawił się lekki grymas.
– Naprawdę zamierzałeś odjechać bez pożegnania?! – krzyknęła wściekle boginka.
Spojrzałem zaskoczony na Leona.
– Myślałem, że... – zacząłem cicho.
– Tak, tak, wiem co mówiłem – mruknął szybko. – Skarbie, nie gniewaj się. Chciałem ci oszczędzić kolejnych pożegnań. Przecież do ciebie wrócę – rzekł z łobuzerskim uśmiechem.
– SKĄD MOŻESZ TO WIEDZIEĆ?! NIE WIADOMO, CZY WRÓCISZ!
– Zawsze wracam – powiedział spokojnie i mrugnął do niej. – Prawda?
W odpowiedzi Kalipso jedynie niepewnie się uśmiechnęła.
Syn Hefajstosa objął ją ciasno ramieniem i w tym samym momencie usłyszałem koło ucha ciche chlipnięcie.
– Och, Tyson. Co jest, chłopie? – spytałem go i poklepałem po ramieniu.
Z jego wielkiego oka wypłynęła łza.
– Hej, Wielkoludzie. – Percy przecisnął się do brata i uścisnął go krótko. – Wrócę razem z Annabeth, obiecuję. Wszystko się jakoś ułoży. A ty podczas mojej nieobecności musisz zaopiekować się Panią O'Leary i przejąć moje obowiązki. Tymczasowo będziesz grupowym, zgadza się?
Tyson pokiwał energicznie głową, a na jego twarzy odmalowała się determinacja.
– Wszystkim się zajmę, nie musisz się martwić. Potrafię być odpowiedzialny – rzekł dzielnie i wyprostował się.
– Nie wątpię, Wielkoludzie. – Jackson poczochrał bratu włosy.
– Nie zawiodę cię, bracie! – zawołał cyklop i przytulił Percy'ego. Po chwili odsunął się z hardą miną, gotów sprostać nowym zadaniom.
Syn Posejdona uśmiechnął się.
– No dobra, to... lecimy – powiedziałem. – Na razie, Tyson. Pa, Kalipso.
Oboje mnie uścisnęli, na co ja westchnąłem z rezygnacją, mrucząc, że mogą mnie już puścić. Z niewiadomego mi powodu wszystkich to rozbawiło.
Wsiadając na tylne siedzenie, poczułem lekkie rozczarowanie. Leona pożegnała dziewczyna, Percy'ego – brat, a mnie? Chyba powietrze. Sądziłem, że przynajmniej Will... Ech, na co ja liczyłem, pomyślałem.
A jednak, gdy wyjeżdżaliśmy z obozu, zobaczyłem go wyłaniającego się z cienia między budynkami. W limuzynę przyciemniane szyby, lecz mimo to uniosłem dłoń w geście pożegnania. Nie zobaczył tego. Widziałem, jak po krótkiej chwili odwrócił się i poszedł w swoją stronę, z lekko spuszczonymi ramionami. Poprzedniego dnia, na obradach w Wielkim Domu, trochę się pokłóciliśmy - Will nie chciał, abym jechał na misję. Ale ja... czułem taką potrzebę. I nie chciałem zawieść. Nie po raz kolejny.
Jednak po tej sytuacji, gdy wieczorem rozmawialiśmy o moim wyjeździe, napięcie jakby z niego zeszło. Uznał, że widocznie jest to dla mnie ważne, więc nie będzie mi robił wyrzutów z tego tytułu. Więcej nic nie powiedział na ten temat.
Tyle że w sumie nie tego oczekiwałem.
A teraz, w tym momencie, siedziałem na tylnym siedzeniu razem z Leonem i Percy'm, jadąc ku przeznaczeniu, które zapewne niosło ze sobą śmierć.
Nie wierzę w happy endy.
***************************
No więc proszę, rozdział nieco krótszy niż zwykle, ale jest. Mam nadzieję, że się podobało, a teraz lecę, bo na wakacjach jestem aktualnie xd.
Buziaki,
Ann
No i wyjechali... Jestem strasznie ciekawa, co będzie dalej, a że się spóźniłam to biegnę czytać. I nie wiem, czy kibicować Wico czy Nata... co, no. Dobra, uciekam czytać dalej. Pozdrowienia z drugiej strony Tęczy,
OdpowiedzUsuńBeton
Ave Betonie, miło znów widzieć twój komentarz.
OdpowiedzUsuńLeć i czytaj, niechaj chóry anielskie grają ci przy tym w głowie
Ann