Dobra, to najpierw kilka słów ode mnie.
MIANOWICIE!
Dostałam taaaakiego pozytywnego kopa dzisiaj dzięki dwóm starym blogowym znajmym, że postanowiłam od razu zabrać się za pisanie kolejnego rozdziału. Dlatego też dedykuję go Babci Sajdi oraz Meggi Jackson, nie wyobrażacie sobie nawet jakiego banana miałam na twarzy, gdy zobaczyłam wasze komentarze po tak długim czasie. No lovki po prostu <3.
No i oprócz teg, to już okrągła dwudziestka :'). Nie sądziłam, że dożyję tego momentu.
Enjoy, my friends.
Rozdział XX
*Oczami Nica*
– Mam dobre i złe wieści – zaczął Percy.
Leo właśnie karmił mnie jakimś wywarem z korzonków i nasion jakichś nieznanych mi roślin, których aromat przyprawiał mnie o lekkie mdłości. Niestety, nie miałem siły mu się przeciwstawiać, a ponoć miało mnie to podnieść na nogi, także zaryzykowałem. No, w końcu nie miałem wyjścia. Marszcząc nos i powstrzymując odruchy wymiotne, właśnie przełykałem kolejną łyżkę tego paskudztwa, kiedy syn Posejdona wparował do naszego obozowiska. Wyglądał niecodziennie – jego włosy były wyjątkowo potargane, w oczach szalały niepokojące błyski, a z zaciśniętych pięści i zębów można było odczytać jego gniew i... strach.
Miałem obawy co do tych jego wieści.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony Leo. Ze zdziwienia nieomal wylał napar. Już zdążyłem się ucieszyć, jednak on na widok mojego uśmiechu dodał jedynie: – Och, nie bój się, zaraz ci zrobię drugą porcję. W końcu musimy o ciebie dbać, hm?
W tamtym momencie umarła we mnie wszelka nadzieja na lepsze jutro.
– No więc... co wolicie najpierw?
– Dawaj te złe wieści – wymruczałem słabo, obserwując z rezygnacją Leona mieszającego "ziółka".
Percy wziął głęboki wdech.
– Annabeth... ona jest umierająca – wyznał cicho. Wszyscy znieruchomieliśmy na dłuższą chwilę. Po kilku sekundach heros zebrał się w sobie i kontynuował: – Poszedłem nad staw, by oczyścić wodę i spotkałem tam najadę. Było z nią trochę problemów, ale koniec końców powiedziała mi, że właśnie tutaj jakiś czas temu przechodziły dwie potężne postacie. Jedną z nich nazwała Wielką Pajęczycą, ale tożsamości drugiej nie mogła mi zdradzić – wiem tylko, że to jakaś bogini. Potężna. To ona dała moce Arachne. Prawdopodobnie jedno z jej jadowitych dzieci ugryzło Ann – dodał gorzko. Percy usiadł ciężko na swoim posłaniu i złożył dłonie przed sobą. – Mam dwa dni na odnalezienie jej. Jeśli mi się nie uda... – Głos mu się załamał. Odchrząknął szybko i dokończył nieco ciszej. – Jeśli mi się nie uda, to ona ją dopadnie.
– Jaka ona? – spytał Leo skonsternowany.
– Ta cała... bogini. – Ostatnie słowo niemalże wypluł.
Nastała głucha cisza. Serce biło jak oszalałe w moim osłabionym i wychudzonym ciele, jednak pomimo fizycznego osłabienia nadal myślałem sprawnie. Rozumiałem, że jestem w tym momencie kłodą. Problemem. Nieoczekiwaną przeszkodą, która może sprawić, że nasza przyjaciółka zginie. Postanowiłem więc na chłodno wypowiedzieć te słowa, które chodziły po głowie całej naszej trójce.
– Czyli musisz wyruszyć sam.
Percy pokiwał powoli głową. Spojrzał na mnie, a w jego oczach ujrzałem lęk, ale też determinację.
– Powinienem sobie poradzić. Bardziej martwię się o was. Co, jeśli pomoc nie dotrze?
– To będziemy musieli radzić sobie sami – odparłem spokojnie i wzruszyłem lekko ramionami.
– No pewnie, ale rozumiesz, jesteś w bardzo kiepskim stanie. Jeżeli coś by wam się stało, któremukolwiek z was, ja...
– Percy – przerwał mu syn Hefajstosa. – Idąc na misję, oboje liczyliśmy się z tym, że może nam się coś stać. To nie pierwsza taka sytuacja i jakoś sobie poradzimy. Tak jak zawsze. A nawet jeśli coś by się stało... – Tu zajrzał Percy'emu w oczy – ...to nie będzie to twoja wina. Nikt z nas nie mógł przewidzieć, że to się wydarzy. – Tu wskazał dłonią moją spuchniętą i ropiejącą nogę, która na szczęście była opatrzona i nie musiałem ciągle patrzeć na te widoki.
Percy pokiwał głową i przetarł oczy.
– Wiem, wiem. To nie ja go ugryzłem.
– No, właściwie to później się w niego wgryzłeś podczas wysysania jadu...
– Fuj, Leo – skrzywił się syn Posejdona. – Mieliśmy do tego nie wracać.
– Och, mieliśmy tylko tego nie dokumentować. Ale ostrzegałem, że zachowam to w mej pamięci – dodał i wyszczerzył się. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.
Wrzasnąłem z bólu.
Momentalnie Leo spoważniał i przyskoczył do mnie.
– Rana... – wychrypiałem, a raczej zawyłem. Co chwila szarpało mną z bólu.
Leo pobiegł sprintem do zapasów po nektar i ambrozję, a Percy wydobył wodę z ziemi pod nami, żeby przemyć skazę i szybko odkrył miejsce ugryzienia. Wyglądało źle.
Bardzo źle.
Wziąłem drżący oddech, z bólu zaczęło mi się kręcić w głowie.
– Co się dzieje...
– Nie mam pojęcia – wyznał Percy przerażony. – Trzymaj się stary, będzie dobrze. Musi być.
Kolejne dwie godziny minęły mi na przemiennym mdleniu z bólu i przywracaniu świadomości za pomocą kubła zimnej wody. Czułem, że umieram. W tych krótkich chwilach świadomości odczuwałem wyraźnie obecność mojego ojca, Hadesa. Mamrotałem wtedy jedno krótkie słowo: proszę. Nie byłem jednak pewien, czy była to prośba o życie, czy też o śmierć. W tamtej chwili było mi wszystko jedno. Pragnąłem jedynie przerwać te piekielne męki.
W końcu minęły.
Spałem. Nie mam pojęcia jak długo, ale wreszcie sen przerodził się w powolne przebudzanie. Powoli, małymi kroczkami wracała mi świadomość, a ja zacząłem się zastanawiać, czy przebywam dalej w swoim ciele, na ziemi, czy też już opuściłem ten świat. Wiedziałem za to jedno na pewno: ból ustąpił.
Zaczęły do mnie docierać stłumione odgłosy rozmów. Delikatnie otworzyłem oczy i między rzęsami dostrzegłem światło dobiegające z ogniska. Zamglone płomienie tańczyły radośnie, jakby witając mnie z powrotem wśród żywych. Parę metrów dalej dostrzegłem poruszające się, zacienione sylwetki, jednak nie potrafiłem jeszcze wyostrzyć wzroku na tyle, by dostrzec nieco więcej szczegółów. Jęknąłem cichutko, gdy poczułem szczypanie przemęczonych oczu.
Wtedy doskoczyła do mnie jakaś osoba. Spróbowałem się unieść nieco, jednak byłem ciągle mocno osłabiony. Poczułem chłodną dłoń na policzku.
– Spokojnie, Nico. Już wszystko dobrze, rana wyleczona. Musisz teraz dużo odpoczywać.
Z zaskoczenia otworzyłem mocniej oczy, jednak od razu musiałem je zamknąć z powodu bólu. Poznałem ten głos. Jej głos.
– Żyję? – spytałem, nie kryjąc zdziwienia.
Roześmiała się cicho.
– Tak, chociaż bardzo się starałeś zejść na tamten świat. Potrzebujesz czegoś?
– Wody. Proszę.
Pomogła mi się napić. Słodkie krople sprawiły, że poczułem, jak wzbiera we mnie życie. Już mogłem w miarę skupić wzrok, więc spojrzałem na nią, dalej będąc w szoku.
– Co ty tu robisz?
– Pomagam – odparła z lekkim uśmiechem, poprawiając mój koc. Nie patrzyła mi w oczy.
– Co się stało... Przecież nic nie pomagało. Nawet boski pokarm. Wyleczyłaś mnie? – spytałem z niedowierzaniem. Dziewczyna zaczęła mieszać jakieś listki i zioła w miseczce.
– Znam parę sztuczek – odpowiedziała wymijająco. – Nie będę cię zanudzać medycznymi opisami. Powinieneś odpoczywać.
– Natalie...
Nadal nie patrzyła mi w oczy, ale uśmiech na jej twarzy jakby minimalnie się powiększył.
– Dziękuję.
To w końcu ją złamało. Uniosła wzrok i przestała mieszać lekarstwo. Wyciągnęła rękę i poprawiła delikatnie włosy, które spadły mi na czoło. Zjechała dłonią na mój policzek i lekko pogłaskała. To było miłe.
– Obyś miał za co dziękować – powiedziała ciszej, jakby w zastanowieniu. – Prześpij się. Na pewno jesteś wykończony, a w trakcie snu ciało się regeneruje. A tego właśnie teraz potrzebujesz: regeneracji.
Popatrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, a ona uśmiechnęła się do mnie. Nagle dotarło do mnie, jak bezpiecznie się poczułem, gdy usłyszałem jej głos.
– Śpij – wyszeptała. Po chwili zaczęła nucić jakąś melodię, brzmiącą jak kołysanka. Powoli, pokornie zamknąłem oczy. Narzuty snu opadały na mnie, momentalnie powodując ciężkość oczu. Przed zaśnięciem zdążyłem jednak wymamrotać jedną rzecz:
– Natty... cieszę się, że tu jesteś.
Nie przerwała nucenia, a ja usnąłem ledwie kilka sekund później.
******************************************************************
Ach. No i wreszcie dotarłam do tego momentu w opowieści.
Moi drodzy, jak widać jeden problem teoretycznie z głowy, ale co z resztą? Z resztą dalej problemy. Ale jak zostaną rozwiązane... no cóż, to w kolejnych rozdziałach.
Buziaki, do następnego.
Annabell <3
Oni będą razem, nie ma innej opcji. Ja już o to zadbam, #teamNictally. Ja nwm jak ty to zrobisz, ale mają 1. Przeżyć 2. Być razem. I ja nie żartuję w tym momencie.
OdpowiedzUsuńŚmiertelnie poważny,
Beton
Oj, jak śmiertelnie poważny Beton przemawia to już jest coś na rzeczy.
UsuńPostaram się podołać zadaniu, ale nic nie obiecuję. Wszystko zależy od moich humorków podczas pisania rozdziałów hahah.
Poważnie zdeterminowana,
Annabell
Super że Nico został uratowany. Teraz tylko Annabeth i do obozu na kolacje.
OdpowiedzUsuńCo nie? Myślę, że zdążą nawet na herbatkę u Pana D.
UsuńOcena Twojego bloga została właśnie opublikowana na Wspólnymi Siłami.
OdpowiedzUsuń