Rozdział XXI
*Oczami Natalie*
Słońce zaczęło delikatnie wychylać się zza pagórków, okrywając las delikatną poświatą. Razem z Leonem i Percy'm zajmowaliśmy się przygotowywaniem śniadania oraz lekarstw dla Nica, który jeszcze spał. Zrobiłam sobie gorącą herbatę na wzmocnienie. Okazało się, że takie uzdrawianie innych odbiera całkiem sporo energii. Po wczorajszej nocy, gdy Nicowi przeszły spazmy i 40 stopni gorączki, zasnęłam jak kamień. Teraz czuł się ewidentnie o wiele lepiej, nie dygotał, gorączka osłabła, a na policzki wróciły mu zdrowe rumieńce. Cieszyłam się, że okazałam się pomocna. I cieszyłam się, że w porę odkryłam mój dar. Chociaż, szczerze mówiąc, uzdrawianie to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałam. Co prawda gdy byłam mała, bardzo często bawiłam się w panią doktor. Pamiętam, że przypisywałam mojej mamie mnóstwo witaminy C oraz lodów czekoladowych. Nie powiedziałabym, że już w dzieciństwie przejawiałam talent do leczenia.
Jednak od ostatniej rozmowy z Nickiem paradoksalnie czułam się jak intruz. Powiedział, że cieszy się z mojej obecności. Nie wątpiłam w to, w końcu go uleczyłam, no i kolegujemy się. To normalne, że cieszy się, że mnie widzi.
Za to nie jest do końca normalne głaskanie go po twarzy i poprawianie mu fryzury, podczas gdy on zapewne śni o moim bracie.
Przez cały czas, gdy tam przebywałam, miałam świadomość, że... to tylko przyjaciel. I że nigdy nie będzie nikim więcej. Inna sprawa, że właśnie totalnie niespodziewanie wbiłam im na misję i teoretycznie, skoro zrobiłam swoje, to powinnam wracać do obozu.
Potrząsnęłam głową, starając się nie myśleć o tym ani o Nicu. A przynajmniej nie w tych kategoriach. Jednak za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, gdy tak spokojnie śpi, czułam, jak moje spojrzenie mięknie, a w brzuchu pojawia się supełek. Przestań, fuknęłam na siebie w myślach. Po prostu się o niego martwisz, idiotko. To normalne, że ściska ci się żołądek na jego widok. Spójrz na niego, chłopak był umierający, a teraz nadal wygląda jak siedem nieszczęść. No przecież, że się o niego martwisz.
O bogowie, mam problem.
– O czym tak myślisz, piękna? – spytał Leo, przyglądając mi się z błyskiem w oku i krzywym uśmiechem.
– Czemu pytasz? – odparłam wymijająco, poprawiając włosy za ucho.
– Gdy jesteś zamyślona, robisz zabawne miny. Jakbyś ćwiczyła jakąś sztukę teatralną – wyszczerzył się, po czym zademonstrował, mówiąc piskliwym głosem: – Och, Leonie, Leonie, ileż bym dała, by móc cię walnąć po głowie – zbolała mina, – jednak wtedy bolałyby mnie palce – mina mędrca, – jak dobrze, że nie jesteś dobry w walce! – mina zwycięzcy.
– Sam to powiedziałeś – zauważyłam z uśmieszkiem, skubiąc suszone mięso i wrzucając je do małego garnka nad ogniskiem.
Leo otworzył buzię, po czym ją zamknął.
– Hej – dodał po chwili, – to była tylko wizja twórcza, coś jak fraszka. Wcale nie mówiłem tego serio.
– Doprawdy? To może zrobimy sobie mały trening?
– Jestem dżentelmenem, moja droga, nie biję kobiet – stwierdził i uniósł wysoko głowę. Parsknęłam i zaczęłam obierać warzywa na zupę.
Do naszej dwójki dosiadł się Percy, niosąc oczyszczoną kulę wody i wrzucając ją do garnka.
– No dobrze, myślę, że to odpowiedni czas na pytania – zaczął. – Będę bezpośredni: jak, skąd i kiedy?
Wzruszyłam ramionami, czując się co najmniej niezręcznie.
– Sama nie wiem jak to się stało. To znaczy, co ja właściwie robiłam. To dosyć... dziwne i nowe dla mnie.
– No ale co, po prostu miałaś przeczucie, że go magicznie ocalisz? Musiałaś to ogarnąć wcześniej – zauważył Leo, po czym rozpalił ogień na ognisku, pstrykając palcami. Niesamowite, pomyślałam.
– Prawda – odparłam. Odchrząknęłam i zaczęłam opowiadać: – Wczoraj po południu ugryzła mnie żmija. To był swego rodzaju przełom, tak mi się wydaje. Nigdy dotąd nie walczyłam z żadnymi groźniejszymi potworami i, szczerze mówiąc, nie doświadczyłam nigdy żadnej bardzo niebezpiecznej sytuacji. Wydaje mi się, że ten moment po prostu coś we mnie obudził.
– Całkiem spore coś – zauważył mądrze syn Hefajstosa.
– Niezaprzeczalnie. – Przewróciłam oczami. – Tak czy inaczej... no cóż, zemdlałam, później obudził mnie mój ojciec, Apollo, wyjaśnił mi pi razy drzwi, że od dzisiejszego dnia leczę światłem, po czym zaczął mnie męczyć fraszkami o pięknie tego świata na pożegnanie.
– Ekstra. – Syn Hefajstosa pokiwał głową. – Kolejna z mocami! Ty, jak już się nauczysz jakichś super trików, będziemy mogli stworzyć teatrzyk ognia i światła! Valdez i Kennedy, Kennedy i Valdez, wielcy, potężni półbogowie i ich sztuka magiczna! Moglibyśmy nawet...
– Poczekaj – przerwał mu Percy. – Jestem pewien, że do tego wrócicie, ale najpierw ważniejsze kwestie. Czy Chejron wie, że tu jesteś?
Poczułam, jak uszy mi się czerwienią.
– No cóż, nie do końca...
– Uuu, niegrzeczna dziewczynka – skwitował Leo.
– Valdez, przymknij się, bo nici z teatrzyku – wycedziłam.
– Możesz mieć kłopoty, gdy wrócisz – dodał Percy.
– Powiedział - parsknął heros. – Przecież sam wielokrotnie zwiewałeś z Obozu bez wiedzy Chejrona czy Pana D. Teraz będziesz ją pouczał?
– Ja tylko lojalnie uprzedzam – odpowiedział syn Posejdona i uniósł ręce w obronnym geście. – Powiedziałaś o tym komukolwiek?
– Tylko Samirze – odparłam cichutko.
– Tylko jej? – spytał Leo. – Sądziłem, że zawsze mówisz o wszystkim swojemu rodzeństwu. Will jest grupowym, nie mówiłaś mu?
Zawahałam się, po czym odpowiedziałam:
– Will... on sam mnie poprosił o to, żebym tutaj przybyła. Chciał przyjechać tu osobiście, ale nie ma jak. Obóz go potrzebuje, mamy mnóstwo rannych po ostatnich wydarzeniach w lesie i tylko on jeden potrafi się odpowiednio nimi zająć. Z tym, że... nie powiedziałam mu o, no, tym – dodałam, wskazując na moje dłonie i światło sączące się z nich.
Leo gwizdnął przeciągle.
– Wow, potrafisz tak na zawołanie? To tak jak ja! – powiedział, po czym prysnął iskrami z ręki, te jednak spadły na suchą trawę. – Ajajaj, – powiedział ze spóźnionym refleksem i zaczął gasić mały płomień.
– Will... on sam mnie poprosił o to, żebym tutaj przybyła. Chciał przyjechać tu osobiście, ale nie ma jak. Obóz go potrzebuje, mamy mnóstwo rannych po ostatnich wydarzeniach w lesie i tylko on jeden potrafi się odpowiednio nimi zająć. Z tym, że... nie powiedziałam mu o, no, tym – dodałam, wskazując na moje dłonie i światło sączące się z nich.
Leo gwizdnął przeciągle.
– Wow, potrafisz tak na zawołanie? To tak jak ja! – powiedział, po czym prysnął iskrami z ręki, te jednak spadły na suchą trawę. – Ajajaj, – powiedział ze spóźnionym refleksem i zaczął gasić mały płomień.
– Tak się zastanawiam – zaczął po chwili Jackson – może, skoro jest nas czwórka, to... byśmy się podzielili?
– To znaczy? – spytałam i nagle do mnie dotarło, co miał na myśli. Spojrzałam na niego ze współczuciem. – Annabeth...
– Miałeś już wczoraj iść sam, prawda? – powiedział Leo, poważniejąc na twarzy.
– Tak. – Percy zwiesił głowę. Miał zachrypnięty głos. – Nie mogłem was wczoraj zostawić w takim momencie, ale... Musicie sami zająć się Nickiem. Annabeth mnie potrzebuje. Poradzicie sobie, teraz już mu się zdecydowanie poprawia, lada dzień powinien być gotów do drogi.
– Właściwie – usłyszeliśmy z tyłu, – to już jestem gotów.
Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na podnoszącego się właśnie syna Hadesa.
– Nico! Wszystko gra? – Spytałam i podniosłam się prędko. Delikatnie się zatoczył, więc go przytrzymałam, ale poza tym wyglądał dość dobrze. Przyjrzałam mu się, chłopcy także podeszli, żeby mi pomóc. Nadal był chudy, nadal był blady, ale rany na jego ciele się zasklepiły, oczy zdrowo lśniły, z twarzy zniknęły gorączkowe rumieńce. Pozostało jeszcze jedno do zbadania. – Musisz mi pokazać nogę. Siadaj – rozkazałam i po chwili odsłoniłam miejsce ugryzienia, jednak to, co zobaczyłam, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Usłyszałam za mną pełne podziwu i szczęścia westchnięcia syna Posejdona i syna Hefajstosa. Ja również nie wierzyłam własnym oczom.
Tam, gdzie jeszcze wczoraj była olbrzymia opuchlizna, sączyła się ropa i wdało się silne zakażenie, były teraz zaledwie dwie małe blizny po ugryzieniu pająka-mutanta.
Roześmiałam się i po chwili wszyscy razem trwaliśmy w wielkim, szczęśliwym uścisku. Wiedziałam, że Nico będzie żył. Wiedziałam, że moja nowa moc jakoś pomogła. Ale to? Dostaliśmy więcej, niż pragnęliśmy dostać. W tak krótkim czasie, oczywiście.
– Ale się cieszę! To na pewno mój rosół z niespodzianką tak ci pomógł– oznajmił radośnie Leo i puścił do mnie oko porozumiewawczo, po czym potarmosił przyjaciela po brudnych włosach. – Ojej – skrzywił się. – Ale teraz trzeba cię umyć.
– Koniecznie – odparliśmy chórem z Percy'm. Zaśmiałam się i kucnęłam obok Nica. – Jak się czujesz?
Chłopak przyjrzał się swojemu ciału uważnie, poruszył dla pewności każdą kończyną po kolei i odpowiedział:
– Zaskakująco dobrze. Nic mnie nie boli.
– To dobrze. Trzeba cię teraz wzmocnić rosołem. Leo, do roboty! – powiedziałam wesoło.
– Tak jest, proszę pani! – krzyknął Valdez i zajął się kończeniem zupy. Na ten widok Nico skrzywił się.
– Ale ja naprawdę czuję się dobrze. To całkowicie zbędne – wymamrotał.
Zaśmiałam się.
– Wiesz, ta zupa naprawdę ma coś w sobie. Coś, co postawi cię na nogi.
– Kurczaka? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami Percy.
– Grzybki halucynki? – spytał posępnie Nico.
– To MIŁOŚĆ, idioci! – krzyknął w naszą stronę syn Hefajstosa, robiąc miny. Najwidoczniej nie spodobały mu się odpowiedzi kolegów. – Ale jeden z was rzeczywiście ma rację, coś z tych dwóch też tam jest – dodał z diabelskim uśmieszkiem skierowanym w stronę chorego.
– Chłopie, mogę stworzyć pod twoimi stopami tunel wiodący aż do Tartaru. Tak tylko mówię – powiedział nonszalancko Nico. Następnie oparł się o drzewo z założonymi za kark ramionami.
– Nie rozsiadaj się tak – powiedział Percy. – Idziemy cię wykąpać.
Nico zgrzytnął zębami.
– Potrafię sam się wykąpać, Jackson.
– Nie wątpię, ale trzeba ci pomóc dojść do jeziora i dopilnować, żebyś się nie utopił. Chodź, nie jęcz tyle – dodał zmęczonym głosem.
Syn Hadesa mamrotał przekleństwa, podczas gdy ja i Percy pomagaliśmy mu wstać. Odprowadziłam ich do jeziora i szybko wróciłam do obozowiska – chociaż widok tak zakłopotanego potężnego półboga był doprawdy zabawny.
Jakiś czas później, gdy wszyscy byliśmy najedzeni, a Nico czysty i ubrany w nowe spodnie i koszulkę, ponowiliśmy temat dalszej wyprawy. Ja w tym czasie siedziałam obok chorego, wykonując coś na kształt masażu głowy światłem. Nie mam pojęcia, jak to inaczej nazwać, po prostu "wcierałam" mu światło w skórę. Miało to za zadanie go wzmocnić i poprawić układ krążenia. Co prawda wysysało to ze mnie energię, ale jemu była ona teraz bardziej potrzebna.
– Czyli mówisz, że powinieneś pójść sam – podsumował Leo wypowiedź syna Posejdona.
– Po prostu nie chcę was więcej narażać. Strażnicy zoo przemieniający się w pająki-mutanty, Evan, syn Ateny, znikający we Mgle, potwory, a to tylko na razie. Przed nami większe niebezpieczeństwa, a ja nie chcę was bardziej narażać.
– Przecież to też nasza misja, Percy. Pisaliśmy się na to i według mnie nie ma o czym dalej rozmawiać, powinniśmy ruszać w dalszą drogę! – powiedział Leo, a z jego palców trysnęły płomienie, czyt. znak ostrzegawczy przed wybuchem gniewu.
– Nico nie jest w stanie przejść samodzielnie nawet dwudziestu metrów! – syknął syn morza. Następnie westchnął ciężko. – Nico, nie mam do ciebie pretensji, nikt nie ma, więc nawet tego tak nie odbieraj. Ale uważam, że powinienem pójść dalej sam.
– Ale... – zaczęłam. – To znaczy, nie chciałabym się wtrącać, tylko że Nico czuje się coraz lepiej. Oczywiście jest jeszcze osłabiony, na pewno nie będzie jeszcze dzisiaj czy jutro gotów do walki. Ale z tym – błysnęłam światłem z dłoni – szybko dojdzie do siebie. A może się okazać, że nasze moce i umiejętności będą ci bardzo potrzebne na dalszych etapach misji.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy tam pójść we czwórkę? – zapytał niepewnie Jackson. – Sam nie wiem, trójka to święta liczba, większa ilość półbogów w jednym miejscu przyciąga potwory. To może być nierozsądne.
– Hm, no ale jak do tej pory nic nas nie zaatakowało – zauważył Valdez.
Percy otworzył buzię, po czym ją zamknął. Przez chwilę przyglądał nam się po kolei.
Westchnął cicho i przetarł oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby wcale nie spał ostatniej nocy. Oczy miał stale podkrążone, twarz pobladłą, rzadko się uśmiechał.
Nic zresztą dziwnego. Nad jego dziewczyną wisiała groźba śmierci. Wątpię, by w takiej sytuacji śniły mu się jednorożce i tęcza.
– Okej. Może macie rację. – Wstał i wziął swój plecak. – W takim razie ruszajmy, nie ma czasu do stracenia.
Właśnie w tamtym momencie usłyszeliśmy wycie wilków.
Fantastycznie.
****************************************************************
Come back!
Witam serdecznie, akcji ciąg dalszy, a ja biegnę teraz do zoo. Oby nie dopadli mnie tam strażnicy przemieniający się w zmutowane pająki.
Xoxo,
Ann <3
– To znaczy? – spytałam i nagle do mnie dotarło, co miał na myśli. Spojrzałam na niego ze współczuciem. – Annabeth...
– Miałeś już wczoraj iść sam, prawda? – powiedział Leo, poważniejąc na twarzy.
– Tak. – Percy zwiesił głowę. Miał zachrypnięty głos. – Nie mogłem was wczoraj zostawić w takim momencie, ale... Musicie sami zająć się Nickiem. Annabeth mnie potrzebuje. Poradzicie sobie, teraz już mu się zdecydowanie poprawia, lada dzień powinien być gotów do drogi.
– Właściwie – usłyszeliśmy z tyłu, – to już jestem gotów.
Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na podnoszącego się właśnie syna Hadesa.
– Nico! Wszystko gra? – Spytałam i podniosłam się prędko. Delikatnie się zatoczył, więc go przytrzymałam, ale poza tym wyglądał dość dobrze. Przyjrzałam mu się, chłopcy także podeszli, żeby mi pomóc. Nadal był chudy, nadal był blady, ale rany na jego ciele się zasklepiły, oczy zdrowo lśniły, z twarzy zniknęły gorączkowe rumieńce. Pozostało jeszcze jedno do zbadania. – Musisz mi pokazać nogę. Siadaj – rozkazałam i po chwili odsłoniłam miejsce ugryzienia, jednak to, co zobaczyłam, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Usłyszałam za mną pełne podziwu i szczęścia westchnięcia syna Posejdona i syna Hefajstosa. Ja również nie wierzyłam własnym oczom.
Tam, gdzie jeszcze wczoraj była olbrzymia opuchlizna, sączyła się ropa i wdało się silne zakażenie, były teraz zaledwie dwie małe blizny po ugryzieniu pająka-mutanta.
Roześmiałam się i po chwili wszyscy razem trwaliśmy w wielkim, szczęśliwym uścisku. Wiedziałam, że Nico będzie żył. Wiedziałam, że moja nowa moc jakoś pomogła. Ale to? Dostaliśmy więcej, niż pragnęliśmy dostać. W tak krótkim czasie, oczywiście.
– Ale się cieszę! To na pewno mój rosół z niespodzianką tak ci pomógł– oznajmił radośnie Leo i puścił do mnie oko porozumiewawczo, po czym potarmosił przyjaciela po brudnych włosach. – Ojej – skrzywił się. – Ale teraz trzeba cię umyć.
– Koniecznie – odparliśmy chórem z Percy'm. Zaśmiałam się i kucnęłam obok Nica. – Jak się czujesz?
Chłopak przyjrzał się swojemu ciału uważnie, poruszył dla pewności każdą kończyną po kolei i odpowiedział:
– Zaskakująco dobrze. Nic mnie nie boli.
– To dobrze. Trzeba cię teraz wzmocnić rosołem. Leo, do roboty! – powiedziałam wesoło.
– Tak jest, proszę pani! – krzyknął Valdez i zajął się kończeniem zupy. Na ten widok Nico skrzywił się.
– Ale ja naprawdę czuję się dobrze. To całkowicie zbędne – wymamrotał.
Zaśmiałam się.
– Wiesz, ta zupa naprawdę ma coś w sobie. Coś, co postawi cię na nogi.
– Kurczaka? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami Percy.
– Grzybki halucynki? – spytał posępnie Nico.
– To MIŁOŚĆ, idioci! – krzyknął w naszą stronę syn Hefajstosa, robiąc miny. Najwidoczniej nie spodobały mu się odpowiedzi kolegów. – Ale jeden z was rzeczywiście ma rację, coś z tych dwóch też tam jest – dodał z diabelskim uśmieszkiem skierowanym w stronę chorego.
– Chłopie, mogę stworzyć pod twoimi stopami tunel wiodący aż do Tartaru. Tak tylko mówię – powiedział nonszalancko Nico. Następnie oparł się o drzewo z założonymi za kark ramionami.
– Nie rozsiadaj się tak – powiedział Percy. – Idziemy cię wykąpać.
Nico zgrzytnął zębami.
– Potrafię sam się wykąpać, Jackson.
– Nie wątpię, ale trzeba ci pomóc dojść do jeziora i dopilnować, żebyś się nie utopił. Chodź, nie jęcz tyle – dodał zmęczonym głosem.
Syn Hadesa mamrotał przekleństwa, podczas gdy ja i Percy pomagaliśmy mu wstać. Odprowadziłam ich do jeziora i szybko wróciłam do obozowiska – chociaż widok tak zakłopotanego potężnego półboga był doprawdy zabawny.
Jakiś czas później, gdy wszyscy byliśmy najedzeni, a Nico czysty i ubrany w nowe spodnie i koszulkę, ponowiliśmy temat dalszej wyprawy. Ja w tym czasie siedziałam obok chorego, wykonując coś na kształt masażu głowy światłem. Nie mam pojęcia, jak to inaczej nazwać, po prostu "wcierałam" mu światło w skórę. Miało to za zadanie go wzmocnić i poprawić układ krążenia. Co prawda wysysało to ze mnie energię, ale jemu była ona teraz bardziej potrzebna.
– Czyli mówisz, że powinieneś pójść sam – podsumował Leo wypowiedź syna Posejdona.
– Po prostu nie chcę was więcej narażać. Strażnicy zoo przemieniający się w pająki-mutanty, Evan, syn Ateny, znikający we Mgle, potwory, a to tylko na razie. Przed nami większe niebezpieczeństwa, a ja nie chcę was bardziej narażać.
– Przecież to też nasza misja, Percy. Pisaliśmy się na to i według mnie nie ma o czym dalej rozmawiać, powinniśmy ruszać w dalszą drogę! – powiedział Leo, a z jego palców trysnęły płomienie, czyt. znak ostrzegawczy przed wybuchem gniewu.
– Nico nie jest w stanie przejść samodzielnie nawet dwudziestu metrów! – syknął syn morza. Następnie westchnął ciężko. – Nico, nie mam do ciebie pretensji, nikt nie ma, więc nawet tego tak nie odbieraj. Ale uważam, że powinienem pójść dalej sam.
– Ale... – zaczęłam. – To znaczy, nie chciałabym się wtrącać, tylko że Nico czuje się coraz lepiej. Oczywiście jest jeszcze osłabiony, na pewno nie będzie jeszcze dzisiaj czy jutro gotów do walki. Ale z tym – błysnęłam światłem z dłoni – szybko dojdzie do siebie. A może się okazać, że nasze moce i umiejętności będą ci bardzo potrzebne na dalszych etapach misji.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy tam pójść we czwórkę? – zapytał niepewnie Jackson. – Sam nie wiem, trójka to święta liczba, większa ilość półbogów w jednym miejscu przyciąga potwory. To może być nierozsądne.
– Hm, no ale jak do tej pory nic nas nie zaatakowało – zauważył Valdez.
Percy otworzył buzię, po czym ją zamknął. Przez chwilę przyglądał nam się po kolei.
Westchnął cicho i przetarł oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby wcale nie spał ostatniej nocy. Oczy miał stale podkrążone, twarz pobladłą, rzadko się uśmiechał.
Nic zresztą dziwnego. Nad jego dziewczyną wisiała groźba śmierci. Wątpię, by w takiej sytuacji śniły mu się jednorożce i tęcza.
– Okej. Może macie rację. – Wstał i wziął swój plecak. – W takim razie ruszajmy, nie ma czasu do stracenia.
Właśnie w tamtym momencie usłyszeliśmy wycie wilków.
Fantastycznie.
****************************************************************
Come back!
Witam serdecznie, akcji ciąg dalszy, a ja biegnę teraz do zoo. Oby nie dopadli mnie tam strażnicy przemieniający się w zmutowane pająki.
Xoxo,
Ann <3