poniedziałek, 27 lipca 2020

ROZDZIAŁ XXI

Rozdział XXI

*Oczami Natalie*

   
   Słońce zaczęło delikatnie wychylać się zza pagórków, okrywając las delikatną poświatą. Razem z Leonem i Percy'm zajmowaliśmy się przygotowywaniem śniadania oraz lekarstw dla Nica, który jeszcze spał. Zrobiłam sobie gorącą herbatę na wzmocnienie. Okazało się, że takie uzdrawianie innych odbiera całkiem sporo energii. Po wczorajszej nocy, gdy Nicowi przeszły spazmy i 40 stopni gorączki, zasnęłam jak kamień. Teraz czuł się ewidentnie o wiele lepiej, nie dygotał, gorączka osłabła, a na policzki wróciły mu zdrowe rumieńce. Cieszyłam się, że okazałam się pomocna. I cieszyłam się, że w porę odkryłam mój dar. Chociaż, szczerze mówiąc, uzdrawianie to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałam. Co prawda gdy byłam mała, bardzo często bawiłam się w panią doktor. Pamiętam, że przypisywałam mojej mamie mnóstwo witaminy C oraz lodów czekoladowych. Nie powiedziałabym, że już w dzieciństwie przejawiałam talent do leczenia.
   Jednak od ostatniej rozmowy z Nickiem paradoksalnie czułam się jak intruz. Powiedział, że cieszy się z mojej obecności. Nie wątpiłam w to, w końcu go uleczyłam, no i kolegujemy się. To normalne, że cieszy się, że mnie widzi.
   Za to nie jest do końca normalne głaskanie go po twarzy i poprawianie mu fryzury, podczas gdy on zapewne śni o moim bracie. 
   Przez cały czas, gdy tam przebywałam, miałam świadomość, że... to tylko przyjaciel. I że nigdy nie będzie nikim więcej. Inna sprawa, że właśnie totalnie niespodziewanie wbiłam im na misję i teoretycznie, skoro zrobiłam swoje, to powinnam wracać do obozu.
   Potrząsnęłam głową, starając się nie myśleć o tym ani o Nicu. A przynajmniej nie w tych kategoriach. Jednak za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, gdy tak spokojnie śpi, czułam, jak moje spojrzenie mięknie, a w brzuchu pojawia się supełek. Przestań, fuknęłam na siebie w myślach. Po prostu się o niego martwisz, idiotko. To normalne, że ściska ci się żołądek na jego widok. Spójrz na niego, chłopak był umierający, a teraz nadal wygląda jak siedem nieszczęść. No przecież, że się o niego martwisz.
   O bogowie, mam problem. 
– O czym tak myślisz, piękna? – spytał Leo, przyglądając mi się z błyskiem w oku i krzywym uśmiechem. 
– Czemu pytasz? – odparłam wymijająco, poprawiając włosy za ucho. 
– Gdy jesteś zamyślona, robisz zabawne miny. Jakbyś ćwiczyła jakąś sztukę teatralną – wyszczerzył się, po czym zademonstrował, mówiąc piskliwym głosem: – Och, Leonie, Leonie, ileż bym dała, by móc cię walnąć po głowie – zbolała mina, – jednak wtedy bolałyby mnie palce – mina mędrca, – jak dobrze, że nie jesteś dobry w walce! – mina zwycięzcy.
– Sam to powiedziałeś – zauważyłam z uśmieszkiem, skubiąc suszone mięso i wrzucając je do małego garnka nad ogniskiem. 
   Leo otworzył buzię, po czym ją zamknął. 
– Hej – dodał po chwili, – to była tylko wizja twórcza, coś jak fraszka. Wcale nie mówiłem tego serio. 
– Doprawdy? To może zrobimy sobie mały trening? 
– Jestem dżentelmenem, moja droga, nie biję kobiet – stwierdził i uniósł wysoko głowę. Parsknęłam i zaczęłam obierać warzywa na zupę. 
   Do naszej dwójki dosiadł się Percy, niosąc oczyszczoną kulę wody i wrzucając ją do garnka.
– No dobrze, myślę, że to odpowiedni czas na pytania – zaczął. – Będę bezpośredni: jak, skąd i kiedy?
   Wzruszyłam ramionami, czując się co najmniej niezręcznie.
– Sama nie wiem jak to się stało. To znaczy, co ja właściwie robiłam. To dosyć... dziwne i nowe dla mnie.
– No ale co, po prostu miałaś przeczucie, że go magicznie ocalisz? Musiałaś to ogarnąć wcześniej – zauważył Leo, po czym rozpalił ogień na ognisku, pstrykając palcami. Niesamowite, pomyślałam.
– Prawda – odparłam. Odchrząknęłam i zaczęłam opowiadać: – Wczoraj po południu ugryzła mnie żmija. To był swego rodzaju przełom, tak mi się wydaje. Nigdy dotąd nie walczyłam z żadnymi groźniejszymi potworami i, szczerze mówiąc, nie doświadczyłam nigdy żadnej bardzo niebezpiecznej sytuacji. Wydaje mi się, że ten moment po prostu coś we mnie obudził. 
– Całkiem spore coś – zauważył mądrze syn Hefajstosa.
– Niezaprzeczalnie. – Przewróciłam oczami. – Tak czy inaczej... no cóż, zemdlałam, później obudził mnie mój ojciec, Apollo, wyjaśnił mi pi razy drzwi, że od dzisiejszego dnia leczę światłem, po czym zaczął mnie męczyć fraszkami o pięknie tego świata na pożegnanie.
– Ekstra. – Syn Hefajstosa pokiwał głową. – Kolejna z mocami! Ty, jak już się nauczysz jakichś super trików, będziemy mogli stworzyć teatrzyk ognia i światła! Valdez i Kennedy, Kennedy i Valdez, wielcy, potężni półbogowie i ich sztuka magiczna! Moglibyśmy nawet...
– Poczekaj – przerwał mu Percy. – Jestem pewien, że do tego wrócicie, ale najpierw ważniejsze kwestie. Czy Chejron wie, że tu jesteś?
   Poczułam, jak uszy mi się czerwienią.
– No cóż, nie do końca...
– Uuu, niegrzeczna dziewczynka – skwitował Leo.
– Valdez, przymknij się, bo nici z teatrzyku – wycedziłam.
– Możesz mieć kłopoty, gdy wrócisz – dodał Percy.
– Powiedział - parsknął heros. – Przecież sam wielokrotnie zwiewałeś z Obozu bez wiedzy Chejrona czy Pana D. Teraz będziesz ją pouczał?
– Ja tylko lojalnie uprzedzam – odpowiedział syn Posejdona i uniósł ręce w obronnym geście. – Powiedziałaś o tym komukolwiek?
– Tylko Samirze – odparłam cichutko.
– Tylko jej? – spytał Leo. – Sądziłem, że zawsze mówisz o wszystkim swojemu rodzeństwu. Will jest grupowym, nie mówiłaś mu?
 Zawahałam się, po czym odpowiedziałam:
– Will... on sam mnie poprosił o to, żebym tutaj przybyła. Chciał przyjechać tu osobiście, ale nie ma jak. Obóz go potrzebuje, mamy mnóstwo rannych po ostatnich wydarzeniach w lesie i tylko on jeden potrafi się odpowiednio nimi zająć. Z tym, że... nie powiedziałam mu o, no, tym – dodałam, wskazując na moje dłonie i światło sączące się z nich.
   Leo gwizdnął przeciągle.
– Wow, potrafisz tak na zawołanie? To tak jak ja! – powiedział, po czym prysnął iskrami z ręki, te jednak spadły na suchą trawę. – Ajajaj, – powiedział ze spóźnionym refleksem i zaczął gasić mały płomień.
– Tak się zastanawiam – zaczął po chwili Jackson – może, skoro jest nas czwórka, to... byśmy się podzielili?
– To znaczy? – spytałam i nagle do mnie dotarło, co miał na myśli. Spojrzałam na niego ze współczuciem. – Annabeth...
– Miałeś już wczoraj iść sam, prawda? – powiedział Leo, poważniejąc na twarzy.
– Tak. – Percy zwiesił głowę. Miał zachrypnięty głos. – Nie mogłem was wczoraj zostawić w takim momencie, ale... Musicie sami zająć się Nickiem. Annabeth mnie potrzebuje. Poradzicie sobie, teraz już mu się zdecydowanie poprawia, lada dzień powinien być gotów do drogi.
– Właściwie – usłyszeliśmy z tyłu, – to już jestem gotów.
   Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na podnoszącego się właśnie syna Hadesa.
– Nico! Wszystko gra? – Spytałam i podniosłam się prędko. Delikatnie się zatoczył, więc go przytrzymałam, ale poza tym wyglądał dość dobrze. Przyjrzałam mu się, chłopcy także podeszli, żeby mi pomóc. Nadal był chudy, nadal był blady, ale rany na jego ciele się zasklepiły, oczy zdrowo lśniły, z twarzy zniknęły gorączkowe rumieńce. Pozostało jeszcze jedno do zbadania. – Musisz mi pokazać nogę. Siadaj – rozkazałam i po chwili odsłoniłam miejsce ugryzienia, jednak to, co zobaczyłam, przeszło moje wszelkie oczekiwania. Usłyszałam za mną pełne podziwu i szczęścia westchnięcia syna Posejdona i syna Hefajstosa. Ja również nie wierzyłam własnym oczom.
   Tam, gdzie jeszcze wczoraj była olbrzymia opuchlizna, sączyła się ropa i wdało się silne zakażenie, były teraz zaledwie dwie małe blizny po ugryzieniu pająka-mutanta.
   Roześmiałam się i po chwili wszyscy razem trwaliśmy w wielkim, szczęśliwym uścisku. Wiedziałam, że Nico będzie żył. Wiedziałam, że moja nowa moc jakoś pomogła. Ale to? Dostaliśmy więcej, niż pragnęliśmy dostać. W tak krótkim czasie, oczywiście.
– Ale się cieszę! To na pewno mój rosół z niespodzianką tak ci pomógł– oznajmił radośnie Leo i puścił do mnie oko porozumiewawczo, po czym potarmosił przyjaciela po brudnych włosach. – Ojej – skrzywił się. – Ale teraz trzeba cię umyć.
– Koniecznie – odparliśmy chórem z Percy'm. Zaśmiałam się i kucnęłam obok Nica. – Jak się czujesz?
   Chłopak przyjrzał się swojemu ciału uważnie, poruszył dla pewności każdą kończyną po kolei i odpowiedział:
– Zaskakująco dobrze. Nic mnie nie boli.
– To dobrze. Trzeba cię teraz wzmocnić rosołem. Leo, do roboty! – powiedziałam wesoło.
– Tak jest, proszę pani! – krzyknął Valdez i zajął się kończeniem zupy. Na ten widok Nico skrzywił się.
– Ale ja naprawdę czuję się dobrze. To całkowicie zbędne – wymamrotał.
   Zaśmiałam się.
– Wiesz, ta zupa naprawdę ma coś w sobie. Coś, co postawi cię na nogi.
– Kurczaka? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami Percy.
– Grzybki halucynki? – spytał posępnie Nico.
– To MIŁOŚĆ, idioci! – krzyknął w naszą stronę syn Hefajstosa, robiąc miny. Najwidoczniej nie spodobały mu się odpowiedzi kolegów. – Ale jeden z was rzeczywiście ma rację, coś z tych dwóch też tam jest – dodał z diabelskim uśmieszkiem skierowanym w stronę chorego.
– Chłopie, mogę stworzyć pod twoimi stopami tunel wiodący aż do Tartaru. Tak tylko mówię – powiedział nonszalancko Nico. Następnie oparł się o drzewo z założonymi za kark ramionami.
– Nie rozsiadaj się tak – powiedział Percy. – Idziemy cię wykąpać.
   Nico zgrzytnął zębami.
– Potrafię sam się wykąpać, Jackson.
– Nie wątpię, ale trzeba ci pomóc dojść do jeziora i dopilnować, żebyś się nie utopił. Chodź, nie jęcz tyle – dodał zmęczonym głosem.
   Syn Hadesa mamrotał przekleństwa, podczas gdy ja i Percy pomagaliśmy mu wstać. Odprowadziłam ich do jeziora i szybko wróciłam do obozowiska – chociaż widok tak zakłopotanego potężnego półboga był doprawdy zabawny.
   Jakiś czas później, gdy wszyscy byliśmy najedzeni, a Nico czysty i ubrany w nowe spodnie i koszulkę, ponowiliśmy temat dalszej wyprawy. Ja w tym czasie siedziałam obok chorego, wykonując coś na kształt masażu głowy światłem. Nie mam pojęcia, jak to inaczej nazwać, po prostu "wcierałam" mu światło w skórę. Miało to za zadanie go wzmocnić i poprawić układ krążenia. Co prawda wysysało to ze mnie energię, ale jemu była ona teraz bardziej potrzebna.
– Czyli mówisz, że powinieneś pójść sam – podsumował Leo wypowiedź syna Posejdona.
– Po prostu nie chcę was więcej narażać. Strażnicy zoo przemieniający się w pająki-mutanty, Evan, syn Ateny, znikający we Mgle, potwory, a to tylko na razie. Przed nami większe niebezpieczeństwa, a ja nie chcę was bardziej narażać.
– Przecież to też nasza misja, Percy. Pisaliśmy się na to i według mnie nie ma o czym dalej rozmawiać, powinniśmy ruszać w dalszą drogę! – powiedział Leo, a z jego palców trysnęły płomienie, czyt. znak ostrzegawczy przed wybuchem gniewu.
– Nico nie jest w stanie przejść samodzielnie nawet dwudziestu metrów! – syknął syn morza. Następnie westchnął ciężko. – Nico, nie mam do ciebie pretensji, nikt nie ma, więc nawet tego tak nie odbieraj. Ale uważam, że powinienem pójść dalej sam.
– Ale... – zaczęłam. – To znaczy, nie chciałabym się wtrącać, tylko że Nico czuje się coraz lepiej. Oczywiście jest jeszcze osłabiony, na pewno nie będzie jeszcze dzisiaj czy jutro gotów do walki. Ale z tym – błysnęłam światłem z dłoni – szybko dojdzie do siebie. A może się okazać, że nasze moce  i umiejętności będą ci bardzo potrzebne na dalszych etapach misji.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy tam pójść we czwórkę? – zapytał niepewnie Jackson. – Sam nie wiem, trójka to święta liczba, większa ilość półbogów w jednym miejscu przyciąga potwory. To może być nierozsądne.
– Hm, no ale jak do tej pory nic nas nie zaatakowało – zauważył Valdez.
   Percy otworzył buzię, po czym ją zamknął. Przez chwilę przyglądał nam się po kolei.
   Westchnął cicho i przetarł oczy. Wyglądał na bardzo zmęczonego, jakby wcale nie spał ostatniej nocy. Oczy miał stale podkrążone, twarz pobladłą, rzadko się uśmiechał.
   Nic zresztą dziwnego. Nad jego dziewczyną wisiała groźba śmierci. Wątpię, by w takiej sytuacji śniły mu się jednorożce i tęcza.
– Okej. Może macie rację. – Wstał i wziął swój plecak. – W takim razie ruszajmy, nie ma czasu do stracenia.
   Właśnie w tamtym momencie usłyszeliśmy wycie wilków.
   Fantastycznie.


****************************************************************


Come back!
Witam serdecznie, akcji ciąg dalszy, a ja biegnę teraz do zoo. Oby nie dopadli mnie tam strażnicy przemieniający się w zmutowane pająki.
Xoxo,
Ann <3

niedziela, 26 stycznia 2020

ROZDZIAŁ XX

Dobra, to najpierw kilka słów ode mnie.
MIANOWICIE!
Dostałam taaaakiego pozytywnego kopa dzisiaj dzięki dwóm starym blogowym znajmym, że postanowiłam od razu zabrać się za pisanie kolejnego rozdziału. Dlatego też dedykuję go Babci Sajdi oraz Meggi Jackson, nie wyobrażacie sobie nawet jakiego banana miałam na twarzy, gdy zobaczyłam wasze komentarze po tak długim czasie. No lovki po prostu <3.
No i oprócz teg, to już okrągła dwudziestka :'). Nie sądziłam, że dożyję tego momentu.
Enjoy, my friends.





Rozdział XX

*Oczami Nica*



– Mam dobre i złe wieści  – zaczął Percy.
   Leo właśnie karmił mnie jakimś  wywarem  z korzonków  i  nasion  jakichś  nieznanych  mi  roślin, których  aromat przyprawiał  mnie o lekkie mdłości. Niestety, nie miałem siły mu się przeciwstawiać, a ponoć miało  mnie to podnieść na  nogi, także  zaryzykowałem.  No, w końcu  nie  miałem wyjścia. Marszcząc  nos   i   powstrzymując  odruchy  wymiotne,   właśnie   przełykałem  kolejną  łyżkę  tego paskudztwa, kiedy syn Posejdona wparował do naszego obozowiska. Wyglądał niecodziennie – jego włosy  były  wyjątkowo  potargane,  w  oczach szalały  niepokojące błyski, a  z  zaciśniętych pięści i zębów można było odczytać jego gniew i... strach. 
   Miałem obawy co do tych jego wieści.
– Co się stało? – spytał zaniepokojony  Leo. Ze  zdziwienia  nieomal wylał  napar. Już  zdążyłem  się ucieszyć,  jednak on na widok mojego uśmiechu dodał jedynie: – Och,  nie  bój  się, zaraz  ci  zrobię drugą porcję. W końcu musimy o ciebie dbać, hm?
   W tamtym momencie umarła we mnie wszelka nadzieja na lepsze jutro.
– No więc... co wolicie najpierw?
– Dawaj te złe wieści – wymruczałem słabo, obserwując z rezygnacją Leona mieszającego "ziółka".
  Percy wziął głęboki wdech.
– Annabeth... ona jest umierająca – wyznał cicho. Wszyscy znieruchomieliśmy na dłuższą chwilę. Po kilku sekundach heros zebrał się w sobie i kontynuował: – Poszedłem nad staw, by oczyścić wodę i spotkałem tam najadę. Było z nią trochę problemów, ale koniec końców powiedziała mi, że właśnie tutaj jakiś czas temu przechodziły dwie potężne postacie. Jedną z nich nazwała Wielką Pajęczycą, ale tożsamości drugiej nie mogła mi zdradzić – wiem tylko, że to jakaś bogini. Potężna. To ona dała moce Arachne. Prawdopodobnie jedno z jej  jadowitych dzieci ugryzło Ann – dodał gorzko. Percy usiadł ciężko na swoim posłaniu i złożył dłonie przed sobą. – Mam dwa dni na odnalezienie jej. Jeśli mi się nie uda... – Głos mu się załamał. Odchrząknął szybko i dokończył nieco ciszej. – Jeśli mi się nie uda, to ona ją dopadnie.
– Jaka ona? – spytał Leo skonsternowany.
– Ta cała... bogini. – Ostatnie słowo niemalże wypluł. 
   Nastała głucha cisza. Serce biło jak oszalałe w moim osłabionym i wychudzonym ciele, jednak pomimo fizycznego osłabienia nadal myślałem sprawnie. Rozumiałem, że jestem w tym momencie kłodą. Problemem. Nieoczekiwaną przeszkodą, która może sprawić, że nasza przyjaciółka zginie. Postanowiłem więc na chłodno wypowiedzieć te słowa, które chodziły po głowie całej naszej trójce.
–  Czyli musisz wyruszyć sam.
   Percy pokiwał powoli głową. Spojrzał na mnie, a w jego oczach ujrzałem lęk, ale też determinację.
– Powinienem sobie poradzić. Bardziej martwię się o was. Co, jeśli pomoc nie dotrze?
– To będziemy musieli radzić sobie sami – odparłem spokojnie i wzruszyłem lekko ramionami.
– No pewnie, ale rozumiesz, jesteś w bardzo kiepskim stanie. Jeżeli coś by wam się stało, któremukolwiek z was, ja...
– Percy – przerwał mu syn Hefajstosa. – Idąc na misję, oboje liczyliśmy się z tym, że może nam się coś stać. To nie pierwsza taka sytuacja i jakoś sobie poradzimy. Tak jak zawsze. A nawet jeśli coś by się stało... – Tu zajrzał Percy'emu w oczy – ...to nie będzie to twoja wina. Nikt z nas nie mógł przewidzieć, że to się wydarzy. – Tu wskazał dłonią moją spuchniętą i ropiejącą nogę, która na szczęście była opatrzona i nie musiałem ciągle patrzeć na te widoki.
   Percy pokiwał głową i przetarł oczy.
– Wiem, wiem. To nie ja go ugryzłem.
– No, właściwie to później się w niego wgryzłeś podczas wysysania jadu...
– Fuj, Leo – skrzywił się syn Posejdona. – Mieliśmy do tego nie wracać.
– Och, mieliśmy tylko tego nie dokumentować. Ale ostrzegałem, że zachowam to w mej pamięci – dodał i wyszczerzył się. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.
   Wrzasnąłem z bólu.
   Momentalnie Leo spoważniał i przyskoczył do mnie.
– Rana... – wychrypiałem, a raczej zawyłem. Co chwila szarpało mną z bólu.
   Leo pobiegł sprintem do zapasów po nektar i ambrozję, a Percy wydobył wodę z ziemi pod nami, żeby przemyć skazę i szybko odkrył miejsce ugryzienia. Wyglądało źle. 
   Bardzo źle.
   Wziąłem drżący oddech, z bólu zaczęło mi się kręcić w głowie. 
– Co się dzieje...
– Nie mam pojęcia – wyznał Percy przerażony. – Trzymaj się stary, będzie dobrze. Musi być.
   Kolejne dwie godziny minęły mi na przemiennym mdleniu z bólu i przywracaniu świadomości za pomocą kubła zimnej wody. Czułem, że umieram. W tych krótkich chwilach świadomości odczuwałem wyraźnie obecność mojego ojca, Hadesa. Mamrotałem wtedy jedno krótkie słowo: proszę. Nie byłem jednak pewien, czy była to prośba o życie, czy też o śmierć. W tamtej chwili było mi wszystko jedno. Pragnąłem jedynie przerwać te piekielne męki.
     W końcu minęły.
   Spałem. Nie mam pojęcia jak długo, ale wreszcie sen przerodził się w powolne przebudzanie. Powoli, małymi kroczkami wracała mi świadomość, a ja zacząłem się zastanawiać, czy przebywam dalej w swoim ciele, na ziemi, czy też już opuściłem ten świat. Wiedziałem za to jedno na pewno: ból ustąpił.
   Zaczęły do mnie docierać stłumione odgłosy rozmów. Delikatnie otworzyłem oczy i między rzęsami dostrzegłem światło dobiegające z ogniska. Zamglone płomienie tańczyły radośnie, jakby witając mnie z powrotem wśród żywych. Parę metrów dalej dostrzegłem poruszające się, zacienione sylwetki, jednak nie potrafiłem jeszcze wyostrzyć wzroku na tyle, by dostrzec nieco więcej szczegółów. Jęknąłem cichutko, gdy poczułem szczypanie przemęczonych oczu.
   Wtedy doskoczyła do mnie jakaś osoba. Spróbowałem się unieść nieco, jednak byłem ciągle mocno osłabiony. Poczułem chłodną dłoń na policzku.
– Spokojnie, Nico. Już wszystko dobrze, rana wyleczona. Musisz teraz dużo odpoczywać.
  Z zaskoczenia otworzyłem mocniej oczy, jednak od razu musiałem je zamknąć z powodu bólu. Poznałem ten głos. Jej głos.
– Żyję? – spytałem, nie kryjąc zdziwienia.
   Roześmiała się cicho.
– Tak, chociaż bardzo się starałeś zejść na tamten świat. Potrzebujesz czegoś?
– Wody. Proszę.
   Pomogła mi się napić. Słodkie krople sprawiły, że poczułem, jak wzbiera we mnie życie. Już mogłem w miarę skupić wzrok, więc spojrzałem na nią, dalej będąc w szoku.
– Co ty tu robisz?
– Pomagam – odparła z lekkim uśmiechem, poprawiając mój koc. Nie patrzyła mi w oczy.
– Co się stało... Przecież nic nie pomagało. Nawet boski pokarm. Wyleczyłaś mnie? – spytałem z niedowierzaniem. Dziewczyna zaczęła mieszać jakieś listki i zioła w miseczce.
– Znam parę sztuczek – odpowiedziała wymijająco. – Nie będę cię zanudzać medycznymi opisami. Powinieneś odpoczywać.
– Natalie...
   Nadal nie patrzyła mi w oczy, ale uśmiech na jej twarzy jakby minimalnie się powiększył.
– Dziękuję.
   To w końcu ją złamało. Uniosła wzrok i przestała mieszać lekarstwo. Wyciągnęła rękę i poprawiła delikatnie włosy, które spadły mi na czoło. Zjechała dłonią na mój policzek i lekko pogłaskała. To było miłe.
– Obyś miał za co dziękować – powiedziała ciszej, jakby w zastanowieniu. – Prześpij się. Na pewno jesteś wykończony, a w trakcie snu ciało się regeneruje. A tego właśnie teraz potrzebujesz: regeneracji.
   Popatrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, a ona uśmiechnęła się do mnie. Nagle dotarło do mnie, jak bezpiecznie się poczułem, gdy usłyszałem jej głos.
– Śpij – wyszeptała. Po chwili zaczęła nucić jakąś melodię, brzmiącą jak kołysanka. Powoli, pokornie zamknąłem oczy. Narzuty snu opadały na mnie, momentalnie powodując ciężkość oczu. Przed zaśnięciem zdążyłem jednak wymamrotać jedną rzecz:
– Natty... cieszę się, że tu jesteś.
   Nie przerwała nucenia, a ja usnąłem ledwie kilka sekund później.


******************************************************************


Ach. No i wreszcie dotarłam do tego momentu w opowieści.
Moi drodzy, jak widać jeden problem teoretycznie z głowy, ale co z resztą? Z resztą dalej problemy. Ale jak zostaną rozwiązane... no cóż, to w kolejnych rozdziałach.
Buziaki, do następnego.
Annabell <3

poniedziałek, 6 stycznia 2020

ROZDZIAŁ XIX

Rozdział XIX

*Oczami Percy'ego*



    Minęła doba.
   Upłynęły niemalże dwadzieścia cztery godziny od momentu, gdy udało nam się skontaktować z obozowiczami. Z kolei stan Nica stale się pogarszał, co doprowadzało mnie powoli do szału. Dlaczego? Bo zamiast szukać Annabeth, musiałem go pilnować. Oczywiście nie miałem o to do niego pretensji. Nico to dobry chłopak, choć bywa trochę sztywny i ponury – jednak, w związku z jego przeszłością, łatwo można było mu to wybaczyć – a ten wypadek nie był absolutnie jego winą. Wiedziałem o tym.
   Mimo to, wbrew własnej woli, przeklinałem w myślach moment, w którym zdecydowałem się zabrać go na tę misję.
   Przejechałem dłonią po włosach, wzdychając ciężko. Bałem się. Bałem się o Nica, o Leona, o siebie, o tych, którzy chcą przyjść nam z pomocą – ale przede wszystkim bałem się o Ann.
   Tej nocy znowu prześladowały mnie te okropne wizje. Obudziłem się zlany potem, z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Nie było mowy o tym, żebym znów zasnął, więc od drugiej w nocy stale byłem na nogach. Leo niechętnie zgodził się na to, bym stał na warcie, jednak byłem nieustępliwy. Znaczy no, po prostu użyłem siły perswazji, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza groźbę wypowiedzianą przez wściekłego i niewyspanego syna Posejdona. Cóż, podziałało.
   Leonie, nie miej mi tego za złe.
   Tak czy inaczej, od tamtej pory jedyne, o czym myślę, to jak znaleźć sposób na dostanie się w okolice jeziora Ontario, i to jak najprędzej. Na szczęście Leo wygrzebał w swoim magicznym pasie mapę, więc miałem nad czym się głowić. Nigdy nie byłem zbyt dobry z geografii, ale jakoś zdołałem uświadomić sobie, że na stopa mamy szansę dostać się na południowy kraniec jeziora.
   Pytanie tylko: kiedy?
   Dręczyło mnie to. Wciąż zastanawiałem się, czy moje sny są prawdziwe i realne, czy może jednak to jakaś pułapka? Nawet jeśli to było to drugie, musiałem zaryzykować. Moja dziewczyna być może cierpiała właśnie w tej chwili straszne katusze. A ja co? Wyruszyłem na misję i zostałem uwięziony w środku lasu!
   To było nie do wytrzymania.
   Wstałem gwałtownie z karimaty, na której przesiadywałem, i ruszyłem do przodu. Zamierzałem podejść do niewielkiego stawu, z którego czerpaliśmy wodę, i po prostu zanurzyć się w mętnych wodach. Może to trochę obrzydliwe, ale miałem to gdzieś. Musiałem jakoś zebrać myśli.
   Przekazałem szybko Leonowi, gdzie idę – Nico w tym czasie spał. Przyjrzałem mu się ze zgrozą. W świetle dnia jego policzki zdawały się być jeszcze bardziej zapadnięte, niż wcześniej.
   Woda była mętna, przepełniona glonami i śmieciami po licznych imprezach przy ognisku, które odbywały się właśnie nad stawem. Gdzieniegdzie widać było stare puszki lub reklamówki. Ogólnie rzecz biorąc, nie była to zbyt zachęcająca scena – jednak dla mnie już sam widok wody był kojący. Mimo to zdawałem sobie sprawę, jak zły ma to wpływ na środowisko oraz na liczne stworzenia żyjące w pobliżu tego zbiornika wodnego: zwierzęta, liczne driady, nimfy wodne i powietrzne, a także satyrowie czerpali z niego energię, lecz harmonia tego miejsca została złamana przez bezmyślne istoty zwane ludźmi. Pokręciłem głową ze smutkiem i postanowiłem to jakoś naprawić.
   Używając swojej mocy władania wodą, zacząłem delikatnie oddzielać muł i śmieci oraz skażoną wodę od tej czystej. Zajęło mi to sporo czasu i odebrało część energii, jednak efekt, jaki uzyskałem, wynagradzał mi cały ten wysiłek dziesięciokrotnie. Annabeth byłaby dumna, pomyślałem i uśmiechnąłem się smutno. Szkoda, że tego nie widzi.
   Nie zdejmując ubrań, wszedłem w wody stawu i zanurzyłem się cały. Pozostawiłem wokół siebie cienką warstwę powietrza, by się nie zamoczyć – mimo bycia tym całym herosem od wody, wcale nie lubię być przemoczony od stóp do głów. Delikatnie pogłaskałem ogromną rybę, która przepłynęła obok mnie, a ławica małych rybek zatańczyła, okrążając moje ciało kilkakrotnie. Zszedłem na sam dół stawu i usiadłem na ogromnym głazie.
   Nagle dostrzegłem wodną nimfę, płynącą w moją stronę. Zdziwiony, uniosłem wysoko brwi. Ta w odpowiedzi zaśmiała się i stanęła przede mną. Wyglądała pięknie – tym razem cieszyłem się, że Annabeth nie ma z boku. Nie zrozumcie mnie źle, jestem jej wierny w stu procentach, nigdy nawet nie pomyślałem o tym, że chciałbym być z kimś innym, ale greckie boginki mają to do siebie, że często wręcz onieśmielają swoją urodą. Takie już zostały stworzone, nie ich wina. Z kolei Annabeth łatwo się złości w towarzystwie pięknych dziewcząt – oraz nimf. Po cichu myślę, że jest zazdrosna, ale ona w życiu by się do tego nie przyznała. Tak czy inaczej, najada miała długie, płowe włosy, perłową skórę i blade, błękitne wielkie oczy. Ubrana była w, hm, coś, co wyglądało raczej jak firanka, niż jak sukienka, a na każdej z rąk i nóg oraz na głowie miała sznury białych pereł. W kulcie chrześcijańskim uznano by ją pewnie za anioła bez skrzydeł.
– Witaj, Perseuszu – powiedziała śpiewnie, a z jej ust wyleciały bąbelki powietrza. Nadal nie rozumiałem jak to się dzieje, że wodne istoty potrafią mówić pod wodą, jednak postanowiłem zostawić to pytanie na powrót Ann. – Chciałam ci podziękować na uratowanie mego stawu. Zostałam tu zupełnie sama – wszystkie moje towarzyszki zmarły z powodu zanieczyszczeń lub uciekły w obawie, że skończą jak pozostałe. Tylko ja jedna próbuję utrzymać jakoś harmonię w tym zbiorniku, ale dzięki tobie już nie będę musiała się aż tak martwić o tę okolicę. Dziękuję.
– Nie ma za co, najado. Zrobiłem jedynie to, co do mnie należało. Jak ci na imię?
– Arystea, mój paniczu. – Nie cierpię, gdy podwładni mojego ojca tak do mnie mówią, ale co ja jeden mogę na ich tysiące? – Czy jest jakiś sposób... – Tu zbliżyła się, zniżając uwodzicielsko głos. – ... by ci się odwdzięczyć?
   Odchrząknąłem nerwowo.
– Och, nie nie, absolutnie. Nie ma takiej potrzeby! Widzisz, ja i tak muszę się już zbierać, więc... 
– Jesteś pewien? – Najada świdrowała mnie wzrokiem. Szybkim ruchem położyła jedną z moich dłoni na jej talii, drugą zaś przyłożyła do policzka. – Jesteśmy tu całkiem sami. Więcej taka okazja może się nie powtórzyć.
– Ależ ja... – Spróbowałem jakoś się wyplątać z jej uścisków. Kazałem wodzie delikatnie ją odepchnąć. – Ja naprawdę jestem już tutaj za długo. Wybacz mi, ale muszę już iść. Cieszę się, że mogłem pomóc w czyszczeniu stawu.
– Hm... – Nimfa była ewidentnie niezadowolona. – Słyszałam, że szukasz córki Ateny. Annabeth Chase. Czyż nie?
   Znieruchomiałem.
– Dlaczego o tym wspominasz? – powiedziałem, już pewniejszy siebie.
– No cóż... – Arystea odgarnęła delikatnie blond włosy za szyję, ukazując – zapewne celowo – zgrabne obojczyki i ramiona. – Być może mogłabym ci pomóc. Mam pewne informacje.
– Jakie?
– Och, paniczu. Tak za darmo? – roześmiała się.
– Przecież właśnie wysprzątałem ci cały syf ze stawu! 
– Owszem, ale mówiłeś, że nie chcesz nic w zamian. – Uśmiechnęła się chytrze. – Za to ja, cóż. Mam swoje własne potrzeby... Jestem głodna
   I przysięgam wam, naprawdę wyglądała na piekielnie głodną. Zacząłem się już bać, że mnie pożre.
– Drogi Perseuszu, oferuję ci cenne informacje w zamian za spędzenie ze mną mile czasu. Nie sądzisz, że to uczciwe?
   Poczułem, jak płonie we mnie gniew i w tym momencie uznałem, że jak jeden raz w życiu zaszpanuję stanowiskiem, to nic się nie stanie.
– Jak śmiesz – zacząłem cichym, spokojnym głosem. – Jak śmiesz tak mnie traktować? Mnie, syna Posejdona, twojego władcy, mnie, wybawiciela Olimpu – i to podwójnego – jak śmiesz? W dodatku, po tym, jak pomogłem tobie oraz twoim przyjaciołom. – Spojrzałem na nią stalowo i groźnie. – Czyżbyś nie była świadoma mojej mocy?
   Z nimfy jakby uleciała pewność siebie, widocznie po czasie zdając sobie sprawę ze swojego błędu.
– Ależ panie, ja...
– Lepiej będzie zarówno dla ciebie, jak i dla tych wszystkich stworzeń mieszkających przy jeziorze, jeśli powiesz mi wszystko to, co wiesz, nie prosząc już o nic więcej.
   Arystea spojrzała na mnie chmurnie. Zdawała się być zawstydzona i zrezygnowana. 
– Oczywiście – odparła pokornie. – Annabeth Chase... ona ma kłopoty, Perseuszu.
– Co się z nią dzieje? – Próbowałem ukryć to, jak bardzo byłem przejęty.
 Nimfa zawahała się.
– Ona... ona umiera, panie.
   Zacisnąłem mocno zęby, dłonie same uformowały się w pięści, mimo to stosunkowo spokojnie zapytałem:
– Jak to umiera?
– Wielka Pajęczyca powróciła do świata ludzi, panie – odparła ze strachem w oczach. – Chce zemsty. Ktoś jej pomaga.
   Woda wokół nas zaczęła wirować.
– Kto taki?
– Tego nie wiem, mój panie. Ale przechodziła tędy. Wyraźnie wyczuwałam obecność boskiej postaci o wielkiej mocy. Córka Ateny jest w tarapatach. Jedno z dzieci Wielkiej Pajęczycy ukąsiło ją. Jest umierająca. Jeśli w ciągu dwóch dni jej nie odnajdziecie, ona umrze, Perseuszu!
– Z powodu jadu? – spytałem z sercem bijącym w samym gardle. Staliśmy w samym środku wiru, który tworzyły mój gniew i bezsilność.
– Nie tylko. Ona ją odnajdzie! – krzyknęła cicho i z przerażeniem, rozglądając się wokoło.
– Mówisz o Wielkiej Pajęczycy... o Arachne?
– Nie, paniczu. – Zniżyła głos do szeptu. – Gorzej. Przyjdzie ta, która dała jej te diabelskie moce.
– Kim ona jest? – spytałem gniewnie.
– Nie mogę, nie mogę powiedzieć nic więcej! – zaszlochała i zasłoniła dłońmi oczy. Na jej obojczyku ukazało się złote znamię w kształcie litery X. – Przysięgałam na sam Styks. Zmuszono mnie do tego. Nie mogę...
   Opadłem na kamień i w tym samym momencie woda uspokoiła się.
– Idziecie w dobrym kierunku, synu Posejdona. Odnajdziesz ją. Moje przyjaciółki będą ci pomagały odnaleźć właściwą drogę – kieruj się nocnymi szeptami.
   Spojrzałem na nią badawczo. 
– Przysięgnij – rozkazałem.
– Słucham? – Nimfa była lekko oszołomiona.
– Przysięgnij na Styks, że wszystko, co mi teraz powiedziałaś, było prawdą.
   Arystea wzięła głęboki wdech i wyrecytowała:
– Przysięgam na Styks, że wszystko, co przed chwilą powiedziałam Perseuszowi Jacksonowi, synowi Posejdona, było prawdą. – Zamknęła oczy, jakby w obawie przed tym, że zaraz zapadnie się pod ziemię, aż do samego Tartaru. Jednak nic takiego się nie wydarzyło.
– No cóż, czyli mówiłaś prawdę. – Uśmiechnąłem się lekko.
– Już się bałam, że jednak coś pokręciłam.
   Pomyślałem, że źle ją oceniłem, oraz że sam zachowałem się wobec niej nie w porządku, dlatego postanowiłem zachować się jak przystoi dżentelmenowi:
– Dziękuję za twą szczerość – powiedziałem i chwyciłem ją delikatnie za dłoń, po czym, trochę niezgrabnie, ucałowałem lekko. Poczułem się wreszcie jak ten panicz. – I przepraszam, że tak się uniosłem. Niepotrzebnie aż tak cię wystraszyłem.
   Arystea uniosła głowę nieco wyżej i odparła:
– No cóż, zdarza się to nawet najpotężniejszym. Przeprosiny przyjęte.
   Skinąłem jej głową na pożegnanie i, pełen złych przeczuć co do przyszłości, wypłynąłem prędko na powierzchnię, po czym pobiegłem w kierunku obozowiska.


***********************************************************


Wracamy do starych wątków, kochani. Pewnie większość już zapomniała o tym, że trzeba ratować Annabeth, hm? Pojawiły się, jak widać, nowe zagrożenia, nowe dylematy i nowe niepokojące wizje przyszłości. Kto będzie kolejną ofiarą fanfika?
Tego się dowiecie w kolejnych rozdziałach...
Miłego powrotu do szkoły, studiów, pracy i niechaj los wam sprzyja!
Xoxo
Annabell di Angelo <3

czwartek, 2 stycznia 2020

ROZDZIAŁ XVIII

Rozdział XVIII

*Oczami Natalie*

– Hejże, Natalie. Zbudź się, dziecinko – usłyszałam miękki głos nad sobą.
   Powoli zaczęły do mnie docierać mętne odgłosy natury – śpiew ptaków, cykanie świerszczy, a także pohukiwanie sowy, dochodzące ze strony lasu. Pomacałam dłońmi powierzchnię, na której leżałam. Trawa, pomyślałam zdziwiona. Poruszyłam lekko nogami, w nadziei, że uda mi się wstać, jednak okazało się to zbyt trudne. Odkaszlnęłam nagle. W tym momencie wysuszone gardło dało o sobie znać. Wzdrygnęłam się z powodu odruchów wymiotnych, towarzyszącym tej czynności. Na języku poczułam metaliczny smak.
   W końcu postanowiłam delikatnie otworzyć powieki – zdawało mi się, że są ciężkie jak z ołowiu. Wszystko było niewyraźne i zamazane. Zdążyłam się zorientować, że majaczyła przede mną jakaś jaśniejąca postać. Zamrugałam, by odgonić łzawe mgły, które jakby się przylepiły do moich oczu. Poczułam, jak człowiek pomaga mi się podnieść do pozycji siedzącej, po czym przystawia jakieś naczynie do moich ust. Zacisnęłam mocno wargi, okazując w ten sposób nieufność.
– Pij – polecił mężczyzna. Brzmiał jakoś znajomo, jednak za nic nie mogłam sobie przypomnieć jego twarzy. – To cię wzmocni, wierz mi. 
– Czy to Nektar? – wychrypiałam. 
– Owszem.
   Łuna bijąca od niego była irytująca. Nie mogłam przez nią wcale skupić wzroku. 
– Kim jesteś?
– No już, otwórz buzię – dodał rozdrażniony.
   Najwyżej mnie otruje, pomyślałam ponuro. Nie widząc innego wyjścia, zrobiłam co mi kazał.
   Poczułam smak budyniu waniliowego z syropem porzeczkowym i od razu poczułam, jak wstępują we mnie nowe siły. Ciepło przyjemnie rozpłynęło się po moim ciele. Poczułam, jak gardło mi się nawilża. Zniknął smak krwi, a wzrok zyskał ostrość widzenia. Westchnęłam, w duchu dziękując, że to nie była faktycznie trucizna. Spojrzałam na mojego wybawcę i zaniemówiłam.
– Tata? – spytałam zszokowana.
   Apollin uśmiechnął się, rozświetlając tym uśmiechem cały las.
– We własnej osobie. Trochę przesadziłaś dzisiaj, nie sądzisz?
– Ale z czym? – dopytywałam skołowana.
– No z tą energią! Na wszystkie słońca i gwiazdy, patrzyłem na ciebie z Olimpu i byłem pewien, że zaraz spłoniesz! Dziewczyno, musisz pamiętać na przyszłość, żeby lepiej panować nad swoją mocą.
– Jaką mocą?! – Byłam pewna, że moje oczy w tym momencie osiągnęły rozmiary orbit. – O czym ty... – zaczęłam, ale nagle sobie przypomniałam wszystko, co się stało dzisiejszego dnia. Światło, płynące strumieniami z mojej dłoni. Spojrzałam szybko w dół, szukając ugryzienia żmii, jednak dostrzegłam tylko dwie małe, ledwo widoczne plamki. Wyglądały na stare, wyblakłe blizny.
   Uniosłam zszokowane spojrzenie na boga.
– Ale... jak? – wyjąkałam.
– Obudziła się w tobie moc. Dosyć późno, jeśli mam być szczery. Już myślałem, że nic z ciebie nie będzie, chociaż w dzieciństwie przejawiałaś wspaniałe zdolności. Zdążyłem już stracić wszelaką nadzieję! A tu proszę, po prostu później rozkwitłaś, kwiatuszku – za to jakaś teraz zdolna! Sama się uzdrowiłaś, bez niczyjej pomocy. To ci niespodzianka.
– Poczekaj. Czy to oznacza, że nie miałeś pojęcia o tym, że drzemie we mnie moc?
– Azaliż powiedziałem.
– Czyli zostawiłbyś mnie na pewną śmierć! – odparłam, wkurzona na maksa. – I ty masz jeszcze czelność tu się pojawiać?!
– No no, moja droga, nie zapominaj, z kim rozmawiasz. – Uśmiech na twarzy boga znikł jak za machnięciem magicznej różdżki, zaś jego spojrzenie zrobiło się stalowe. – Bądź co bądź, jestem Apollo, a także twój ojciec.
– Chciałeś mnie zostawić na pewną śmierć. Modliłam się do ciebie, a ty nic!
– Wcale nie "nic". To dzięki tym modlitwom teraz tu jestem! I ci pomogłem. Poza tym, gdybym wcześniej zstąpił na ziemię, być może nigdy byś nie odnalazła swego talentu... Poza tym, kto wie. Może siłą rozpędu nauczysz się również pisać wspaniałe poematy, którymi później będziesz zaszczycać samych Olimpijczyków... – dodał rozmarzony.
– To raczej do Sabriny – dodałam sceptycznie.
– Masz rację. Nie łudźmy się, żaden z ciebie poeta – stwierdził z niesmakiem. Przewróciłam oczami. Apollo kontynuował. – Tak czy inaczej, powinnaś mi raczej dziękować, że cię uzdrowiłem po... no, po twoim uzdrawianiu.
   Spojrzałam na niego niepewnie.
– Nie mogłem przyjść wcześniej, zadarłbym wtedy z Hadesem. A tego byś chyba nie chciała, co? – dodał z irytującym uśmieszkiem.
   Wzięłam głęboki wdech, starając się opanować kumulującą się złość.
– Apollinie...
– Och, wystarczy tato. – Machnął łaskawie ręką.
– Okej. Tato. Czy mógłbyś mi wyjaśnić, o co dokładnie chodzi z tą mocą? Sam powiedziałeś, że prawie dokonałam samozapłonu.
– No cóż, to nie do końca tak. – Potarł podbródek w zastanowieniu. – Bo widzisz, nie władasz ogniem, tylko światłem. Jednak nadmiar światła może sprawić, że powstanie ogień. Dlatego obawiałem się, że zapłoniesz. 
– Ale co to ma wspólnego z...
– Bądź cierpliwa, już wszystko tłumaczę. Nadmiar energii, strachu i lęku, który w tobie siedział, sprawił, że w końcu puścił korek – rozumiesz? I to w tak ogromnym stopniu, że o mało co się zapaliłaś. Bo widzisz, twoim największym wrogiem jest zła energia. Wszelkie lęki, strach, może nawet panika sprawiają, że ciężko ci utrzymać moc w ryzach. Dlatego powinnaś napędzać ją dobrymi i pozytywnymi uczuciami oraz wspomnieniami. Tylko w ten sposób uda ci się opanować tę sztukę – czyli tkanie światła.
– Jak to tkanie? Chcesz powiedzieć, że od dnia dzisiejszego jestem szwaczką? Bo w tym akurat nie jestem najlepsza.
– Nie, głuptasie, tkanie światła to coś kompletnie innego. To rodzaj energii, który ukazuje się w postaci światłości, blasku, promieni – wszystko zależy od tego, co chcesz osiągnąć. Od dziś, moja córko, twym zadaniem będzie rozpoznanie wszelkich właściwości oraz istoty tej siły i zdolności. Sama musisz ją ukierunkować.
   Zastanowiłam się nad tymi słowami. Tego było tak dużo... Poczułam się przytłoczona.
– Czyli leczę – powiedziałam po chwili namysłu.
– Tak, ale być może uda ci się odnaleźć także inne aspekty sztuki tkania. To nie będzie łatwe, ale jestem pewien, że sobie poradzisz – dodał pokrzepiająco.
– Ale... mogę leczyć innych. Prawda? – spytałam z nadzieją.
– Tak... – zaczął ostrożnie Apollo, starannie dobierając słowa. – ...ale musisz pamiętać o tym, że moc ledwo co się w tobie zbudziła, toteż powinnaś ją miarkować. 
– A jednak udało mi się powstrzymać jad żmii – upierałam się. – To oznacza, że dam radę także... no, uratować kogoś innego, kto, przypuszczalnie, byłby w podobnej sytuacji.
   Bóg słońca spojrzał na mnie.
– Wiem dobrze, co ci chodzi po głowie. Nie powinnaś już teraz od razu tam biec. To może się skończyć bardzo źle – i dla ciebie, i dla niego.
– Co masz na myśli? Przecież ta moc jest lecznicza, więc dlaczego...
– Ponieważ – przerwał mi – nie jesteś gotowa, a nieopanowana i niekontrolowana moc może cię zgubić. Najpierw naucz się ją kontrolować, później baw się w bohaterkę.
   Te słowa mnie uraziły.
– No cóż, widzę, że gdy tylko przestajesz mówić jak trubadur z karczmy, zmieniasz się w gbura.
– Trubadur?! Moja droga, ja jestem poetą. Z mych ust leje się poezja w czystej postaci – odparł wyniośle.
   Zdążyło się zrobić całkiem ciemno, gdy wróciłam do domku. Ominął mnie obiad i kolacja, więc zaczęło mi mocno burczeć w brzuchu, akurat w momencie, gdy otwierałam drzwi wejściowe. Usłyszałam zduszony okrzyk i w ułamku sekundy doskoczyła do mnie Sabrina. Jej mina nie wyrażała nic dobrego.
– CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?!
– Sabi, ja...
– ZNIKASZ NA CAŁY DZIEŃ I NAWET NIE PRZEPROSISZ, A MY TU ZE STRACHU UMIERAMY!
– Okej, okej, przepraszam! – powiedziałam i roześmiałam się. – Ale jeśli będziesz na mnie ciągle krzyczeć, to nie dam rady ci opowiedzieć, co się wydarzyło.
– A co się wydarzyło? – spytała bez ogródek, nadal obrażona.
– No chodź, to ci powiem, tylko błagam, daj mi coś do jedzenia. Nie jadłam nic od śniadania – jęknęłam.
– No, dla ciebie to prawdziwie grecka tragedia – rzekła kąśliwie.
– A żebyś wiedziała – odparłam i wyrwałam jej paczkę chrupków, wytykając przy tym język.
   Gdy już wyjaśniłam reszcie rodzeństwa, że zemdlałam w lesie, a potem leśne driady się mną zajęły, usiadłam na łóżku i westchnęłam ciężko.
– No to co się stało? – spytała heroska, popijając sok z kartonu.
– No cóż, właściwie to nic takiego – odparłam, przeciągając samogłoski. – Tyle tylko, że ugryzła mnie żmija, odkryłam swoją moc, zemdlałam na pół dnia i odwiedził mnie nasz ojciec.
   Sabrina zakrztusiła się.
– Tak, też myślę, że ten dzień był szokujący – skwitowałam z uśmiechem.


***


   W nocy nie mogłam zasnąć. Patrzyłam tępo w sufit, zastanawiając się, jak miałabym opanować nową zdolność. Tkanie światła. Pocieszyłam się myślą, że brzmi to całkiem ładnie i romantycznie. Oczywiście to nie zmieniało kompletnie mojej sytuacji. Westchnęłam cicho i przewróciłam się na drugi bok. Pomyślmy. Jak inni kontrolują swoje moce? Pomyślałam o najsilniejszych herosach w naszym Obozie. Percy Jackson, Jason Grace od Rzymian i Nico di Angelo – trzej półbogowie, synowie Wielkiej Trójki, najpotężniejsi bohaterowie. Wiedziałam, że nigdy im nie dorównam, a jednak żywiłam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się w pełni opanować moje możliwości, tak jak oni.
   Oby ten dzień nadszedł w miarę prędko, pomyślałam smutno i z tą myślą zasnęłam.


***************************************************

Uwielbiam wracać do tego opowiadania. Za każdym razem przenoszę się do świata, który poznałam jeszcze w czasach dzieciństwa, więc sprawia mi to naprawdę ogromną radochę. Mam nadzieję, że nie zrobiłam żadnych błędów, i że ten wątek was zaciekawi mnie osobiście aż palce mrowią, by pisać dalsze części.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2020, herosi! Oby był on przepełnionymi samymi pozytywnymi chwilami <3
Xoxo
Annabell di Angelo

poniedziałek, 9 grudnia 2019

ROZDZIAŁ XVII

Rozdział XVII

*Oczami Natalie*



   Kilka godzin później, już po kolacji oraz ślęczeniu nad książkami opisującymi odwłoki pająków, leżałam na łóżku, słuchając muzyki na słuchawkach i patrząc tępo w sufit. Od kiedy dowiedzieliśmy się o całej tej sytuacji i o Nicu, zwłaszcza o Nicu, miałam wrażenie, że ciągle krąży mi po głowie pewna myśl, jednak nie potrafiłam jej nijak uchwycić. Skupienie się na czymkolwiek zdawało mi się wręcz niemożliwe. To było męczące. Przetarłam oczy ze zmęczenia. Muzyka rozbrzmiewała w moich uszach, jednak zamiast mi jakoś pomóc, tylko mnie rozpraszała. Zerwałam ze złością słuchawki i wyłączyłam odtwarzacz muzyki. Zaraz jednak zrozumiałam, że to nie polepszyło zbytnio mojej sytuacji - w końcu po domku kręciło się jeszcze trochę osób, a każda z nich była rozgadana. Szczególnie Wayne, zafascynowany jakimś odkryciem medycznym oraz Christina, zachwycająca się swoimi nowymi paznokciami, które zrobiła jej najlepsza przyjaciółka, niejaka Luna z domku Afrodyty. Podkręciłam głową z rozbawieniem. Chrissy nie dało się nie lubić. Może czasami zdarzało jej się być nieco nachalną lub za dużo mówiła, ale miała w sobie coś innego, jakąś dziecięcą radość i szczerość, która sprawiała, że każdy czuł się w jej towarzystwie dobrze i komfortowo. Chociaż momentami bawiło mnie to, jak potrafiła się zachwycać drobiazgami. Na swój sposób było to urocze.
   I znów z tyłu głowy pojawiła mi się ta nieuchwytna myśl. Spróbowałam się na niej skupić, jakoś ją złapać, ale nic z tego. Jęknęłam z desperacją. Jednocześnie nie dawały mi spokoju obrazy, które dziś ujrzałam. Biedny Nico, pomyślałam i przytuliłam się do poduszki. Jeszcze parę dni temu siedzieliśmy sobie spokojnie w jego domku trzynastym, śmiejąc się, rozmawiając... Nagle przypomniałam sobie nasze pożegnanie i przeszedł mnie ciepły dreszcz, a na twarz wstąpił rumieniec. To nie było zwykłe pożegnanie. Natalie, uspokój się, to nie twój facet, usłyszałam głos w mojej głowie. A jednak to, jak mnie objął, z taką delikatnością i nutką niepewności. Jak wtulił swoją twarz w moje włosy, kołysząc się delikatnie na boki. I był taki ciepły! A jego głos...
   Och, no nie. Stop, pomyślałam zrozpaczona. To chłopak mojego brata, muszę to sobie w końcu wbić do mózgu.
   Chociaż było to cholernie trudne.
   Postanowiłam wrócić do robienia notatek o jadach pająków i o sposobach na wyleczenie chorego, ponieważ już skończyłam swoją przerwę. Razem z Willem, Sabriną i Chejronem staraliśmy się znaleźć coś, co by mogło pomóc chłopcom w ich trudnej sytuacji. Póki co niewiele zapisałam. Informacji nie przybywało, w przeciwieństwie do frustracji. Wiadomość o ciężkim położeniu herosów była tajna, gdyż Chejron nie chciał wzbudzać paniki wśród obozowiczów, tak więc mieliśmy tylko siebie. Ewentualnie moglibyśmy poprosić o pomoc kogoś z domku Ateny, jednak nasze zaufanie do nich póki co zgasło, odkąd usłyszeliśmy o dziwnym zachowaniu Evana. Wiadomo, nie powinno się szufladkować ludzi, ale mimo wszystko... nie wiedzieliśmy, czy nie ma szpiega w Obozie. Zdarzały się już takie przypadki, stąd też wynikała nasza ostrożność.
   Przymknęłam powieki, starając się poukładać sobie wszystko w głowie. Jak to możliwe, że Nico umiera? Nie tak powinno być. Bogowie... Tak bardzo chciałam odnaleźć rozwiązanie, ale miałam nieprzyjemne uczucie, że kolejne książki na nic mi się nie zdadzą.
   Poczułam palące łzy w kącikach oczu. Potrząsnęłam głową i otarłam je szybko. Nie czas na to, pomyślałam i wstałam gwałtownie.
– Natty, wszystko gra? – spytała Sabrina, oderwawszy się od księgi o magicznych odtrutkach.
– Tak, tak, tylko... muszę się przewietrzyć – odparłam wymijająco.
– Dopiero co miałaś przerwę. – Sabi wydęła usta z niezadowoleniem i pokręciła głową. – Leć, tylko nie ucieknij za daleko. – Spojrzała na mnie i dodała ciszej. – To twój przyjaciel, nie mój.
   Nic na to nie odpowiedziałam. Złapałam szybko bluzę i założyłam ją, kierując się ku wyjściu i myśląc o tym, co stale mi umykało.


***


   Rozsiadłam się na leśnej polance. Typowe? Możliwe, ale dopiero tutaj odnalazłam nieco ciszy i spokoju, żeby pomyśleć. Położyłam się na trawie, rozkoszując się tą chwilą. Pomimo wszystkich trudności, starałam się uśmiechnąć.
   Jednak doprowadziło to tylko do tego, że wybuchnęłam głośnym płaczem.
   Obróciłam się na bok i,  chlipiąc cichutko, zaczęłam obserwować małe żyjątka, przemykające między źdźbłami traw. One nie posiadały takich problemów. Gdy jedna mrówka zmarła, druga nawet nie zwracała na to uwagi. Nie miały świadomości tego, że... właściwie wszystkiego. Kierowały się tylko i wyłącznie instynktem, nie martwiąc się niczym poza tym, żeby uzbierać zapasy na zimę.
   Trochę im zazdrościłam.
   Z drugiej strony, pomyślałam, ich życie jest takie ubogie. Nie smakują go, tak jak my, są jedynie pewnym elementem układanki. No, ludzie też nim są, oczywiście, tak jak wszystko na tym świecie. My jednak potrafimy jakoś z tego korzystać. I czasem cierpimy. Wszystko ma swoje plusy i minusy.
   Nagle krzyknęłam głośno. Uniosłam się prędko i złapałam za rękę, po której powoli, ale zarazem coraz prędzej ciekła stróżka krwi. Zdążyłam jedynie ujrzeć końcówkę ogona pasiastej żmii, która już zniknęła gdzieś w wysokiej trawie. Zbladłam z przerażenia. Nie. Nie, nie, nie! Spojrzałam na dłoń.  Dwie małe kropki. Dwa niewielkie nacięcia. Tylko dwa śmiertelnie groźne otworki w ciele. Kciuk zdążył już mi spuchnąć do rozmiarów śliwki, a zamiast krwi poczęła płynąć nieprzyjemna maź. Zrobiło mi się słabo, w ustach zaschło.
– Nie, błagam, nie... – wyjąkałam z duszą na ramieniu. Zrobiło mi się duszno i słabo. – Tato! Gdzie jesteś?! – krzyknęłam gdzieś w przestworza, a od mojego krzyku z pobliskiego drzewa poderwała się gromada ptaków. – Pomocy! TATO!
   I wtedy to do mnie dotarło. Zdałam sobie sprawę, że to koniec. Nie było nawet takiej opcji, żebym zdążyła dobiec do Obozu, a nawet gdyby, byłoby już za późno. Z kolei mój boski rodzic wyraźnie miał mnie w nosie, co oznaczało dla mnie tylko jedno – rychłą, totalnie nieromantyczną i pozbawioną sensu śmierć. Jeszcze w momencie, kiedy Nico...
   O, nie.
   Nico. Nico!
   Poczułam, jak desperacja i zdeterminowanie na zmianę przepływają przez moje ciało, łącząc się na końcu we wspólne przerażenie. Jak, JAK miałabym mu to zrobić? Nie umrę przez moją głupotę, przez taki cholerny zbieg okoliczności, nie mogę! Nie teraz, kiedy wszystko inne się wali. 
   Łzy spływały po moich policzkach, ból w ręce zaczął się robić nieznośny, zaś ciało zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. Z początku zaczęłam odmawiać cichą modlitwę do mojego ojca oraz do Asklepiosa, boga sztuki lekarskiej, jednak po dłuższej chwili uznałam, że to bezsensowne. Straciłam całą wiarę, jaką wcześniej posiadałam. Oni nie chcieli mi pomóc. Kim dla nich byłam? Przełknęłam kolejne łzy. Nie chciałam tak kończyć. Poczułam, jak coś we mnie zaczyna płonąć. Gniew? Żal? Nie potrafiłam określić.
   Przyłożyłam jedną dłoń do drugiej, zaciskając mocno miejsce ugryzienia.
– Nie poddam się, słyszysz? – wystękałam w stronę nieba. – Nie. Nie... – wycharczałam przez zaciśnięte zęby. – NIE! – krzyknęłam z całych sił i...
   Oślepiło mnie.
   Opadłam na ziemię, nie wiedząc kompletnie, co się dzieje. Jedyne, co zdążyłam zarejestrować przed omdleniem, to słabnący promień światła wydobywający się z mojej ręki...


******************************************

Już niedługo część dalsza, także izi, izi.
xoxo
Ann