środa, 3 maja 2017

ROZDZIAŁ XI

Witam wszystkich bardzo serdecznie!! ^^
Słuchajcie, jako zadośćuczynienie wstawiam rozdział dzisiaj, nie w weekend (wiem, wiem, to i tak nie zmienia faktu, że nie wstawiałam nic od ponad trzech miesięcy). Na razie nie zanudzam Was informacjami z mojego życia, wyjaśnieniami i tak dalej. Wszystko to znajdziecie tuż pod rozdziałem.
A teraz cieszcie się i radujcie z rozdziału XI, kochani! :D. Resztą zajmiemy się później ;P.
Enjoy ;)

Rozdział XI

*Oczami Percy'ego*


   Gdy znaleźliśmy się w gabinecie Chejrona, opowiedziałem mu o moim śnie.
– Rozumiem – odparł zamyślony. Wcześniej nie miałeś żadnych wizji?
– Nie. To pierwszy taki sen odkąd ją ostatni raz widziałem. – Spojrzałem na niego niepewnie. – Myślisz, że... że te wizje są prawdziwe? Że naprawdę miały miejsce?
   Centaur przyjrzał mi się uważnie, jakby rozważając, ile może mi powiedzieć, a ile powinien zachować dla siebie. W końcu odezwał się:
– Percy, dobrze wiesz, jak to jest ze snami u herosów. Raz przedstawiają prawdziwe zdarzenia, a kiedy indziej nas oszukują, lecz zawsze zawierają jakieś wskazówki. Mam jednak nadzieję, że to były fałszywe sceny – zakończył i przejechał wózkiem parę metrów do przodu, tuż pod ścianę oblepioną zdjęciami półbogów. Znajdowali się tam wszyscy obozowicze, łącznie ze mną, jednak znalezienie samego siebie zajęło mi dobrą chwilę. Ta ściana była naprawdę ogromna. Przy zdjęciach zmarłych herosów zawieszone były czarne wstążki. Nie dostrzegłem nigdzie twarzy Annabeth – chociaż na pewno tam była, – ale zastanawiałem się z ściśniętym sercem, czy jeszcze tego lata obok jej fotografii nie zawiśnie czerń.
   Chejron błądził wzrokiem po ścianie.
– Powiedz mi – zaczął, – nie odczuwałeś do tej pory żadnego niepokoju w związku z nią?
   Zmarszczyłem brwi.
– Co masz na myśli?
– Percy, mamy dziś siódmy lipca. Przyjechałeś do nas dwudziestego siódmego czerwca. Nie zastanawiałeś się do tej pory, dlaczego nie ma jej tak długo?
– Oczywiście, że się zastanawiałem. Sugerujesz, że się o nią nie martwię? – zapytałem ze złością.
– Niczego nie sugeruję. Po prostu to mnie zastanawia, że zjawiasz się u mnie dopiero teraz.
– Bo dopiero teraz mam dowód na to, że dzieje się coś złego. Poza tym... wcześniej nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś jej jest. Myślałem, że jej przyjazd opóźnia się przez szkołę i rodziców.
   Chejron nawet na mnie nie spojrzał.
– Próbowałeś się z nią skontaktować? – zapytał, nadal wpatrując się w zdjęcia.
– Tak – odparłem niechętnie, ponieważ właśnie sobie uświadomiłem, jak duży błąd popełniłem. – Nie odbierała telefonów, a iryfon nie działał.
– Iryfon nie działał – powtórzył powoli.
– Tak.
   Chejron pokręcił głową z dezaprobatą i dopiero teraz na mnie spojrzał.
– I to już powinno było ci uświadomić, że coś jest nie tak. Powinieneś był powiedzieć mi o tym. Przekazać mi tę informację od razu.
   Czułem się niemal jak przedszkolak, którego nauczyciel karze za kradzież kredek. Zwiesiłem głowę ze wstydem i wymamrotałem:
– Masz rację. Już wtedy powinienem był powiedzieć ci o wszystkim. – Nagle coś mi się przypomniało. – Rachel... kilka dni temu mówiła, że musi powiedzieć mi coś ważnego.
– Nie rozmawiałeś z nią jeszcze?
– Nie było okazji. Nie widzieliśmy się od tamtej pory, jedynie na posiłkach. 
   Chejron westchnął ciężko i spojrzał na mnie smętnie.
– W porządku. W takim razie idź do niej teraz i zaraz potem wróć tutaj, żeby mi wszystko opowiedzieć – powiedział nieco zrezygnowanym tonem, a ja kiwnąłem głową i wybiegłem z Wielkiego Domu, zmierzając ku Jaskini Wyroczni.
   Po paru minutach byłem na miejscu.
– Rachel! Jesteś tu? – zawołałem, rozglądając się wokoło.
– Jestem w środku, wejdź! – odkrzyknęła z głębi groty.
   Odchyliłem zasłonę i wszedłem do jaskini. Zobaczyłem Rachel stojącą przy sztaludze do malowania. Spojrzała na mnie z uśmiechem. Twarz, ręce i ubranie miała usmarowane farbami, a rude loki związane w koński ogon. Wokoło były rozłożone na podłodze lub oparte o ściany obrazy, ale nie miałem ochoty się im teraz przyglądać. Wolałem wpierw zająć się tym, co najistotniejsze.
– Cześć – powiedziałem, na przemian zaciskając i rozluźniając dłonie.
– Witaj, Percy! – odparła pogodnie i dorysowała kilka kolejnych linii na płótnie. – Dawno cię nie było – zauważyła i zapatrzyła się w powstający obraz.
– Tak, wiem. Przepraszam, ale ostatnio bardzo wiele się działo. Zresztą nigdzie cię nawet nie widziałem.
   Pokiwała głową i z westchnieniem odłożyła paletę i pędzle.
– Jak mógłbyś mnie widzieć, skoro zjawiałam się tylko na posiłkach? Resztę czasu spędzałam tutaj i przelewałam na płótno moje sny.
   Spojrzałem na nią zdziwiony i zaniepokojony.
– Czy to tyczy się również tego snu, o którym miałaś mi opowiedzieć kilka dni temu?
– To tyczy się tylko tego snu. Co noc przeżywam go na nowo. Znam już na pamięć każdy szczegół, wiem, co się kiedy pojawi. Koszmar za koszmarem – dokończyła i z rezygnacją usiadła na fotelu w części salonowej, opierając głowę na dłoniach.
   Usiadłem naprzeciwko niej, pełen złych przeczuć.
– Posłuchaj, przyszedłem tutaj właśnie dlatego, że muszę z tobą porozmawiać o tym śnie. Musisz mi o nim opowiedzieć.
– Och, a już myślałam, że wpadłeś na kawę – powiedziała z sarkazmem. – Oczywiście, że ci o nim opowiem, Ale najpierw powiedz mi, dlaczego tak nagle się  nim zainteresowałeś? Wspominałam ci o nim ponad tydzień temu i dopiero teraz do mnie przychodzisz. To zastanawiające.
   Zawahałem się. Czy powinienem mówić jej o moich wizjach?
   Zaraz jednak zbeształem się w myślach. To moja przyjaciółka, powiedziałem sobie w duchu. W dodatku jest już po części wtajemniczona i posiada cenne informacje, których potrzebuję, by pomóc Annabeth.
   Opowiedziałem jej w skrócie całą historię.
– Rozumiem – rzekła powoli. – Wiesz, co jest najdziwniejsze? Wiele szczegółów z twojego snu jest takie samo jak te w moim.
– Na przykład?
– To może od razu opowiem ci o całym tym koszmarze? – zaproponowała.
Koszmarze – mruknąłem pod nosem. To nie brzmiało zbyt optymistycznie. – Jasne, zaczynaj.
   Zastanowiła się chwilę, po czym zaczęła cicho.
– Najpierw pojawia się ona. Annabeth. Rozmawia ze swoim bratem, Evanem, ale nigdy nie słyszę słów. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji, za to ona jest wyraźnie zszokowana, wystraszona, a na koniec wściekła. Potem przeradza się to w drugi obraz. Annabeth jest w lesie, biegnie. Ucieka przed czymś. Spośród drzew wyłaniają się różne monstra, aż w końcu dochodzi do walki. Jakimś cudem udało jej się pokonać wszystkie potwory... z wyjątkiem jednego. Ten zaś, ku jej przerażeniu, zmienia się w stado pająków. Cofa się, aż w końcu wpada na drzewo. Potwory wspinają się po jej nogach, spadają na głowę... I kiedy już myślę, że to koniec, że Annabeth umrze ze strachu i bólu, pojawia się on. Przychodzi za każdym razem – dodała w zastanowieniu.
– Kto taki? – spytałem z niecierpliwością.
   Rachel drgnęła i spojrzała na mnie zdziwiona, jakby zapomniała już, że tu jestem.
– Lorenzo. Lorenzo Capobianco.
   Spojrzałem na nią i zmrużyłem oczy. Nie kojarzyłem ani imienia, ani nazwiska.
– Znasz go?
– Nie. Nigdy go nie widziałam, a już na pewno nie tutaj. Ma ciemne włosy i brązowe oczy, śniadą skórę i białe zęby. Jest wysoki, ale nie wyższy od ciebie, no i jest mniej więcej w naszym wieku. – Zamilkła na moment, by pozbierać myśli, po czym kontynuowała. – Zawsze się zjawia. Patrzy na pająki i mówi coś... w jakimś starożytnym języku. A one uciekają. Odchodzą.
– Jaki to język? Rozpoznałaś go?
– Być może to greka, ale nie jestem pewna. Nie uczę się jej.
– Nie rozumiem... – rzekłem po chwili.
– Ja też nie. Ale tak właśnie się dzieje. Po prostu te potwory boją się go. Jego słów. – Rachel zamilkła na parę sekund. Nagle pokręciła głową i spojrzała w sufit. – Potem pojawia się ostatnia scena. Znowu ją widzę... jak stoi przy stosie papierów i spogląda na nie. Myśli nad czymś intensywnie. Wokół mnie jest kompletna cisza i... nagle nie widzę już nic, ale... ale czuję czyjś oddech na skórze. I ktoś mi szepcze do ucha jedno słowo. – Spojrzała na mnie z przejęciem.
– Ontario – domyśliłem się.
– Właśnie tak. Nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, Percy, ale to na pewno nic dobrego.
– Tyle to ja też wiem – mruknąłem.
   Zamknąłem oczy i dotknąłem skroni. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, jak głupi byłem. Wmawiałem sobie, że nie przyjeżdża, bo chce spędzić trochę czasu w domu, z rodziną. Choć przecież jej tata jest w Brazylii. Ale ma jeszcze macochę i dwóch przyrodnich braci; co prawda nie przepada za nimi, ale to szczegół, prawda? A fakt, że nie odbierała telefonu, nie odpisywała na wiadomości? Może telefon jej się zepsuł. Może go zgubiła. Z kolei jeśli chodzi o iryfon, to tłumaczyłem sobie, że to tylko drobna usterka; na pewno przyczyną była bogini Iris. Pewnie się zdenerwowała lub z kimś pokłóciła i już nie chce pomagać półbogom. Czasem tak bywa. Na wszystko znajdowałem odpowiedź. Nie dostrzegałem luki w swoim rozumowaniu. Chciałem wierzyć, że Ann jest bezpieczna, i że nic jej nie grozi. 
   Ależ byłem głupi.
– Jeśli chcesz, możesz zerknąć na moje obrazy. Będziesz dokładnie wiedział, co widzę każdej nocy.
   Kiwnąłem głową i wstałem z fotela, obserwując płótna. Było ich całe mnóstwo, pewnie ponad dwadzieścia, może nawet trzydzieści, a na każdym z nich widziałem fragmenty snów Wyroczni. Z drobną różnicą: wszystko było dziesięć razy straszniejsze niż to, co sobie wyobrażałem.
– Dzięki, Rachel. Muszę opowiedzieć o tym Chejronowi – powiedziałem i poklepałem ją po ramieniu.
   Już się odwróciłem, by wyjść, gdy zatrzymał mnie jej głos.
– Percy! – krzyknęła.
– Tak?
– Tylko... bądź rozsądny. I nie daj się zwieść złudzeniom – ona naprawdę potrzebuje pomocy. Jest w niebezpieczeństwie. Wiem to – dodała i spojrzała na mnie zaniepokojona.
– Wiem, Rachel. Teraz ja też to wiem.

***

   Po tym, jak przekazałem centaurowi wieści od Rachel, Chejron ogłosił zebranie grupowych na dzisiejszy wieczór. Od momentu, gdy kazał mi wreszcie pójść na śniadanie, miałem wszystkie nerwy w strzępkach. Nie mogłem się kompletnie skoncentrować na zajęciach, aż w końcu na lekcji zapasów Clarisse dała mi tak mocno w pysk, że musiałem iść do pielęgniarki. No nieźle, Percy, w takim stanie na pewno pomożesz Annabeth.
   Długo zadawałem sobie pytanie, jedno, jedyne pytanie. A brzmiało ono ,,Co się ze mną stało?". Nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Przynajmniej na razie. Nie wiedziałem, dlaczego nie dostrzegłem tak oczywistych znaków, dlaczego stchórzyłem, dlaczego nie chciałem dostrzec prawdy, która, mimo że niepokojąca, była jednak prawdą. Wiedziałem jednak, że coś się we mnie zmieniło, nie potrafiłem jednak powiedzieć co to było. I nie podobało mi się to.
   Przez większą część dnia zastanawiałem się też, jaki związek z moją dziewczyną ma Evan oraz ten... Lorenzo, czy jak mu tam. Oboje wydali mi się podejrzani. 
   Jeśli chodzi o Evana, to niepokoił mnie sam fakt, że tak wystraszył własną siostrę, a potem jeszcze rozzłościł. Co jej takiego powiedział, skoro tak zareagowała? Nie ufałem Evanowi, za to doskonale znam Ann i wiem, że nie reagowałaby tak z byle powodu.
   A ten drugi koleś? Nie znam go. Jest obcy, w życiu go nie widziałem ani o nim nie słyszałem. Sprawa jest prosta: on jest nieznajomym gościem, który prawdopodobnie przebywa sam na sam z moją dziewczyną. Nie zrozumcie mnie źle. Ufam Annabeth jak nikomu innemu na świecie. Ale on to kompletnie inna historia. Skąd mogę wiedzieć, jakie ma wobec niej zamiary?
   Po kolacji, koło dziewiętnastej trzydzieści, ja i reszta grupowych przyszliśmy pod Wielki Dom, czekając na Chejrona. Tupałem niecierpliwie nogą, gdy zauważyłem, że Nico i Leo stanęli obok mnie.
– Hej – przywitałem się, starając się nadać głosowi lekki ton.
– Siema – wyszczerzył się Valdez. – Nie wiesz może, po co ten pośpiech? Ktoś ci może mówił, na co to dzisiejsze niezapowiedziane zebranie?
– A co, masz coś lepszego do roboty? – spytałem i uśmiechnąłem się lekko.
– Ha, właściwie to tak. Powinienem teraz klęczeć przed Kalipso i błagać ją o wybaczenie, przy okazji rzucając jej kwiaty i czekoladki pod nogi – prychnął ze śmiechem, ale mina mu trochę zrzedła.
– Wow, aż tak źle? – Uśmiechnąłem się ze współczuciem. – Co tym razem?
– Hm, powiedzmy, że jest o mnie zazdrosna.
   Oboje się skrzywiliśmy.
– Widzę, że nabrała charakteru przez ostatni czas.
– Gdybyś się nią wcześniej choć trochę zainteresował, nie zdziwiłoby cię to tak bardzo.
   Przestałem się uśmiechać.
– Zrobiłem, co mogłem, żeby ją uwolnić. To nie ja złamałem słowo, tylko bogowie.
   Leo przyjrzał mi się.
– Wiem. Wiem też, że po tym, jak poprosiłeś bogów o uwolnienie jej, nie upewniłeś się, że to zrobili.
– Leo, przestań. – Nico wtrącił się do rozmowy. – Zrobił, co mógł. To nie on tu zawinił. Kalipso nie była jedyną osobą, której chciał pomóc.
   Syn Hefajstosa spojrzał na niego spod byka.
– Stoisz po jego stronie?
– Serio? Stary, nie stoję po żadnej ze stron. Ale kłócenie się o dziewczyny jest niepoważne – dodał i popatrzył na niego, przekrzywiając głowę. – Zresztą, gdzie uciekło twoje słynne poczucie humoru?
   W oczach Valdeza ujrzałem błysk wesołości. Już otworzył usta, by coś odpowiedzieć, gdy ktoś z boku zawołał:
– Chejron idzie!
   Nie dowiedziałem się już, co się stało z jego poczuciem humoru.
   Weszliśmy do Sali Obrad, gdzie zajęliśmy miejsca przy stole pingpongowym, czekając na słowa koordynatora zajęć. Stanął, w całej swej postaci, u szczytu stołu i przyjrzał się nam z powagą.
– Mam dla was wieści.
– Dobre czy złe? – spytała Katie.
– To się okaże.
   Centaur poprosił mnie i Rachel, byśmy opowiedzieli jeszcze raz całą historię, od początku do końca. Tak też zrobiliśmy. Nie miałem nic do ukrycia – zataiłem jedynie własne emocje.
   Gdy skończyliśmy, na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko przez dźwięk odbijania się piłki pingpongowej od stołu. Nagle Nico odezwał się ponurym głosem:
– Czyli szykuje się kolejna misja.
– Prawdopodobnie – rzekł Chejron, zamyślony. – Percy, ty będziesz dowodził. To twoja misja. Zgadzasz się?
– Wiadomo – odparłem.
– Przypomnę tylko, że odmowa nie jest karana, podobnie jak nie jest to żaden powód do wstydu. Jeśli nie czujesz się na siłach, to oczywiście zostanie to zrozumiane. – Spojrzał na mnie z troską.
– Wiem, Chejronie. Ale podejmę się tej misji.
   Centaur kiwnął głową, najwyraźniej spodziewając się takiej odpowiedzi.
– Masz prawo dobrać sobie jeszcze dwie osoby. Kogo zabierasz?
   Zastanowiłem się. Nie było czasu na to, by czekać na Rzymian. Piper była u Jasona, a Grover przewodniczył innym satyrom w szerzeniu wieści o śmierci Pana. Nie wziąłbym Clarisse, bo bym się z nią nie dogadał za żadne skarby świata. Z obecnych tutaj osób potrafiłem wskazać tylko dwóch półbogów, których mógłbym zabrać ze sobą. Wydawali mi się najodpowiedniejsi, mimo że nie zawsze się z nimi dogadywałem.
   A tam. Raz kozie śmierć.
– Wybieram Leona Valdeza i Nica di Angelom – powiedziałem głośno i wyraźnie, a wokoło zapanowała cisza.
   Spojrzeli na mnie: Nico zszokowany, a Leo zaciekawiony.
– Serio? – spytał syn Hefajstosa. 
– Jasne, że tak. Bardzo chciałbym mieć was w drużynie, a sam nie dam rady – przyznałem To jak? Zgadzacie się?
– No cóż, skoro tak stawiasz sprawę... – Leo wyciągnął do mnie rękę. – Ja w to wchodzę – dodał z szerokim uśmiechem. Odwzajemniłem go i uścisnąłem mu dłoń.
   Odwróciłem się w stronę Nica. Obok niego stał Will, zawzięcie coś do niego mówiąc, tak, że tylko on słyszał. W pewnym momencie Nico zmarszczył brwi i coś mu odpowiedział, gwałtownie gestykulując. Syn Apolla spoważniał i zamilkł, odsuwając się na pół kroku. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Nico wystąpił dwa kroki do przodu i, patrząc mi prosto w oczy, powiedział z zaciśniętymi dłońmi:
– Zgadzam się.
   Uśmiechnąłem się, a ludzie zebrani w sali zaczęli bić brawa i wiwatować. Ich entuzjazm był uzasadniony – pójście na misję było niezwykle ryzykowne i wymagało niemałej odwagi i umiejętności, a herosów, którzy podjęli się jakiejkolwiek wyprawy, uznawano za bohaterów.
   Chejron uciszył rozentuzjazmowany tłum i przemówił:
– Macie dwa cele: po pierwsze i najważniejsze, musicie przyprowadzić Annabeth oraz Lorenza, i to w jednym kawałku. Po waszym powrocie ustalimy, co dalej będziemy robić. Z pewnością będziemy mieć wtedy znacznie więcej informacji.
– Jasne – powiedziałem. – A jaki jest nasz drugi cel?
   Chejron odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną:
– Nie dać się zabić.
   Spojrzałem na chłopaków. Oboje byli zamyśleni. Na ich twarzach, oprócz determinacji, widziałem także niepokój i spięcie. Podejrzewałem, że moja twarz wyraża podobne emocje.
– To nie jest łatwe zadanie – ostrzegł centaur ale wierzę w wasz spryt, wiedzę i umiejętności. Poradzicie sobie.
   Na koniec spotkania omówiliśmy szczegóły misji; mieliśmy wyruszyć kolejnego dnia o świcie, kierując się jedynie intuicją oraz danymi z mojego snu.
   Miałem szczerą nadzieję, że tej nocy przyśni mi się jakaś podpowiedź.


*******************************************

Hehe. I jak wrażenia? :D
Dobra, teraz się trochę potłumaczę, bo chyba mam z czego.
No więc tak:
- brak neta przez pewien czas
- brak czasu spowodowany szkołą
- testy gimnazjalne
- (po dłuższym czasie nieudzielania się tutaj) brak motywacji i chęci
- problemy
- problemy
- problemy.
Oto przyczyny, dla których tak długo nie było rozdziału ani żadnej aktywności na blogu. Szczerze, mam nadzieję, że teraz to się zmieni, i że wraz z nadejściem ciepłych dni pisanie będzie mi szło jak z płatka :). I że nie jesteście na mnie źli lub/i zawiedzeni. To byłoby dość przykre ;-;.
No dobrze, ja lecę, a Wy piszcie w komentarzach, co o tym sądzicie! Jak Wam się podobało? Co myślicie o Percy'm, o jego zachowaniu? Jak to się dalej może potoczyć? Piszcie, a ja już się biorę za pisanie rozdziału XII :D.
Trzymajcie się, herosi.
Czytajcie.
Komentujcie.
Obserwujcie.
I piszcie mi, ile mam u Was do nadrobienia, a pewnie jest tego sporo ;/.

Xoxo :*
Annabell di Angelo

poniedziałek, 6 lutego 2017

WAŻNE!!!

Uwaga uwaga, herosi i heroski, śmiertelnicy i śmiertelniczki.
Mam dość ważną wiadomość, mianowicie : nie mam internetu na chacie. A co się z tym wiąże? Rozdziału nie będzie przez przynajmniej tydzień, jeśli nie dłużej. Pojawiłby się wcześniej, ale nie ma go od zeszłego tygodnia :(. Przykro mi, lecz nie dam rady przepisać go całego na telefonie -.-
Także przepraszam, ale nie dam rady.

Xoxo
Annabell di Angelo

niedziela, 22 stycznia 2017

ROZDZIAŁ X

Hejo hej, herosi!
Przybywam do Was, zmordowanych wyczekiwaniem, z nowym rozdziałem X, wohoo!
*Enjoy everybody*
Na początek chciałabym jeszcze podziękować za ponad 8 tysięcy wyświetleń na blogu oraz za 90 komentarzy pod ostatnim postem (co prawda jakieś 30 % jest moich, ale nawet tego nie licząc to jest ich naprawdę wiele) jesteście po prostu niesamowici <3.
No dobra, nie zanudzam: miłego czytania! ;)

Rodział X

*Oczami Percy'ego*



   Z początku widziałem tylko ciemność. Czerń otaczała mnie z każdej strony. Stałem w miejscu, sparaliżowany i niezdolny do żadnego ruchu, starając się dojrzeć cokolwiek w tym piekielnym mroku, ale niestety, nie udało mi się to. Nagle z mojej prawej strony doszedł do mnie jakiś szmer. Obejrzałem się szybko w tamtą stronę. Nic.
   Spróbowałem unieść jedną nogę. Szło mi to niezwykle opornie, jakby moja stopa tkwiła w bardzo gęstej glinie, choć przecież czułem, że wisi w powietrzu. Po zrobieniu pierwszego kroku byłem tak zmęczony i spocony, że nie miałem siły iść dalej. Oparłem dłonie na kolanach, łapiąc powietrze.
   Nagle usłyszałem, jak ktoś szeptem wypowiada moje imię. Słowo odbiło się echem w otchłani, w której się znajdowałem. Zesztywniałem. Szept powtórzył się. W ułamku sekundy obejrzałem się w tamtą stronę. Wydawało mi się, że dostrzegłem jakiś ruch, ale równie dobrze to wyobraźnia mogła mi płatać figle.
– Percy... – wyszeptał ktoś ponownie, tym razem nieco głośniej i bliżej mnie.
   Spojrzałem szybko za siebie. Słuchajcie, nie będę ukrywać, zacząłem się bać. To wyglądało jak jakaś scena z horroru. Nie mogłem się ruszyć, a ktoś lub coś skradało się do mnie, coraz bliżej i bliżej. A ja nie potrafiłem się nawet ruszyć.
   Kiedy poczułem czyjś oddech na skórze, zacząłem panikować.
– Percy...
   To była kobieta. Rozpoznałem jej głos.
   Jednak nie miałem pojęcia do kogo on należy.
   Odwróciłem się z wysiłkiem, by móc ją zobaczyć, lecz ona zdążyła już zniknąć. Jednakże zamiast niej ujrzałem coś, co sprawiło, że krew odpłynęła mi z twarzy.
   W nikłym blasku światła siedziała Annabeth. Zdawała się mnie nie zauważać. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ wyglądała na całą i zdrową, chociaż nie mogłem mieć przecież pewności, że jest to rzeczywisty obraz. Mimo to pozwoliłem sobie na krótkie westchnienie ulgi, związane z tym, że nic jej nie jest. Dziewczyna przeglądała notatki porozkładane niedbale na ziemi, stukając nerwowo palcami. Była definitywnie czymś zestresowana. A może przestraszona?
– O co w tym wszystkim chodzi? – wyszeptała do siebie, nadal wpatrując się w sterty papieru.  
   Próbowałem coś do niej powiedzieć, zawołać ją, podejść bliżej, spróbować jakoś pomóc, zrobić cokolwiek – ale nie mogłem. Przez te wszystkie lata bycia herosem nauczyłem się już, że sny są nieprzewidywalne. Mogą pokazać ci przeszłość, przyszłość lub teraźniejszość, podpowiedzieć w jakiejś sprawie albo wręcz przeciwnie – zbić cię z tropu i wpakować w pułapkę. Ponadto, podczas snu bardzo często trzeba, tak jak ja teraz, stać w miejscu i patrzeć bezczynnie na wydarzenia toczące się wokoło. To się dzieje naprawdę często. Przyzwyczaiłem się już do tego, serio.
   Ale tym razem była to dla mnie prawdziwa katorga.
   Spojrzałem na nią z bólem, a ona, ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, również na mnie spojrzała i odpowiedziała mi tym samym.
– Zrób coś, Percy. Potrzebuję cię tutaj. Sama sobie nie poradzę – powiedziała z frustracją.
   Miałem wrażenie, że coś rozrywa mnie od środka.
   Znienacka po mojej prawej stronie rozległ się krzyk przerażenia. W kręgu światła ponownie pojawiła się córka Ateny, mimo że ta poprzednia nie zniknęła. Stała, przyciśnięta plecami do drzewa, ze strachem wymalowanym na twarzy, a dziesiątki wielkich, włochatych czarnych pająków próbowało wdrapać się jej na nogi. Kopała je i wierzgała, lecz niewiele to dawało – te poczwary dalej próbowały się do niej dobrać.
– Pomocy! Pomóżcie mi! – krzyczała przez łzy. Nagle kilkanaście kolejnych pajęczaków spadło z drzewa prosto na jej głowę. Dziewczyna zaczęła wrzeszczeć i zrzucać je z siebie w histerii, a po chwili ponownie szlochała.
   No nie, dość. Tego już za wiele. Uniosłem jedną nogę, potem drugą. Pot spływał mi po czole, a całe ciało bolało od wysiłku, lecz mimo to brnąłem dalej w stronę mojej dziewczyny. Nawet jeśli to był tylko sen, nie mogłem pozwolić, aby działa jej się krzywda.
   Dzieliło mnie od niej niecałe pięć metrów, gdy uniosła głowę i spojrzała na mnie.
– Percy, pomóż mi! Pomóż mi! Dlaczego cię tu nie ma? Czemu mnie nie chronisz?! – wykrzykiwała, a kolejne łzy nie przestawały spływać po jej policzkach. Poczułem, jak gula staje mi w gardle. Przecież chcę ci pomóc, myślałem z rozpaczą. Robiłem co mogłem, żeby do niej dotrzeć. Co zrobiłem nie tak?
   Zacisnąłem z bólem zęby.
– Percy! Pe... – Nie zdążyła dokończyć, ponieważ pająki zasłoniły jej twarz. Przez chwilę patrzyłem na nią w niemym przerażeniu, jak tańczy pod drzewem, próbując zedrzeć z siebie czarną pelerynę. Częściowo się jej udało, po chwili mogła swobodnie odetchnąć, lecz to nie był koniec walki. Dziewczyna ponownie rozpoczęła zajadłą bitwę z małymi drapieżnikami, na przemian łkając i wrzeszcząc.
   Niespodziewanie za mną rozległ się jęk. Zrozpaczony odwróciłem się w tamtą stronę i jeszcze raz ujrzałem Annabeth. Tym razem leżała na plecach, głowę opierała o głaz, a z jej lewego boku obficie leciała krew. Ostatkiem sił odwróciła głowę w moją stronę i odezwała się ochrypłym głosem:
– Percy... pomocy. Proszę.
   Nagle wszystkie trzy dziewczyny zaczęły mówić naraz:
– Percy, pomocy...
– Pomóż mi!
– Gdzie byłeś do tej pory?!
– Błagam...
– Nie dam rady bez ciebie.
– Zrób coś!
– Proszę!...
   Czułem, jak to wszystko zaczyna mnie mocno przerastać. Złapałem się za głowę i zacisnąłem oczy, a towarzyszyły temu jęki, krzyki i prośby mojej dziewczyny. Wśród chóru tych głosów ponownie poczułem czyjś oddech na skórze. Kobieta, której twarzy ani imienia nie potrafiłem sobie przypomnieć, wyszeptała mi do ucha:
– Ontario.


***


   Wstałem gwałtownie z łóżka, trzęsąc się niekontrolowanie.
Annabeth – powiedziałem rozgorączkowany. Szybkim ruchem odgarnąłem kołdrę i podniosłem się z posłania. Byłem cały spocony, ale nie miałem czasu na prysznic. Założyłem spodnie i koszulkę Obozu Herosów, w czym bezustannie przeszkadzały mi trzęsące się dłonie, a w międzyczasie spojrzałem na zegar wiszący nad moim łóżkiem. Dochodziła siódma rano. Miałem nadzieję, że Chejron już nie śpi.
   Na sąsiednim łóżku Tyson przetarł oko i spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem.
– Cześć. Już idziesz na śniadanie? Jest trochę wcześnie – zauważył.
– Nie idę na śniadanie, Wielkoludzie – powiedziałem, wiążąc w pośpiechu buty. – Idę do Wielkiego Domu.
– Po co? – zapytał i podrapał się po głowie.
– Chodzi o Annabeth. Potem ci wszystko wyjaśnię – obiecałem i wybiegłem z domu.
   Na terenie obozu jeszcze nikt się nie pojawił, z wyjątkiem strażników stojących przy granicy i Sośnie Thalii. Z tej odległości widziałem zaledwie zarysy ich ciał, mimo to pomachałem im. Po chwili dostrzegłem, jak oni również mi machają. Uśmiechnąłem się przelotnie i pobiegłem dalej.
   Dotarłem do Wielkiego Domu w ekspresowym tempie. Lekko zdyszany zapukałem do drzwi. Na szczęście nie musiałem długo czekać. Po chwili klamka poruszyła się ze zgrzytem i drzwi się otworzyły.
   W wejściu stanął Pan D., ubrany jedynie w szlafrok w tygrysi wzór i różowe, puchate kapcie. W jednej ręce trzymał gazetę, a w drugiej kubek z kawą.
– Och, Peter Johnson. Witaj – rzekł bez entuzjazmu i spojrzał na mnie znudzony.
   Poczułem, jak coś się we mnie gotuje.
Percy Jackson, proszę pana. Nazywam się Percy i dobrze pan o tym wie – powiedziałem, starając się hamować gniew.
– Nieważne. Czego chcesz? – spytał i wziął łyka kawy.
– Muszę porozmawiać z Chejronem. Teraz. – Zaczynałem się niecierpliwić.
   Dyrektor obozu przyjrzał mi się i powoli, niespiesznie odwrócił się i poczłapał do salonu. Nie udzielił mi pozwolenia na wejście, ale uznałem, że skoro zostawił otwarte drzwi, to jest to dość jednoznaczne.
– Chejronie, chodź tutaj. Ten knypek chce z tobą pomówić.
   Chejron wyjechał na wózku inwalidzkim ze swojej sypialni, ubrany w brązową marynarkę i zwykły podkoszulek. Na mój widok uśmiechnął się.
– Och, witaj Percy. Dionizosie, dzień dobry. Czy rozmawiałeś wczoraj z tymi nimfami? Poszedłem wcześniej spać i zapomniałem cię o to spytać .
– Ty zapomniałeś spytać, ja zapomniałem zrobić – burknął Pan D.
– To poważna sprawa – westchnął centaur. – Te dziewczęta rozpraszają obozowiczów podczas treningu oraz poza nim.
– To nie moja wina – obruszył się bóg.
– Ale trzeba coś z tym zrobić.
– Ty z nimi gadaj. Ja nie idę. Ostatnio było tak samo. ,,Och, Dionizosie, tamta nimfa jest taka denerwująca. Ktoś powinien z nią pogadać". No i oczywiście polazłem do niej, a że była ładna... Nikt mnie wcześniej nie uprzedził, że jest niedostępna, a ona sama też nie wspomniała o tym ani słowem! Ale tak zawsze jest, że to tym niewinnym się dostaje. No i trafiłem tu na całe sto lat!  – zakończył gniewnie.
– Och, Dionizosie... – zaczął Chejron miękkim, pouczającym głosem.
– Nie mów do mnie tak, jak do tych bachorów.
– Jesteś teraz dyrektorem obozu i musisz coś z tym zrobić.
– Ty to zrób – rzekł bóg i założył ręce na piersi, wyglądając przy tym jak przedszkolak.
– To twoje zadanie.
– Wcale nie.
– To twój obowiązek!
– Mam to gdzieś.
– Nie...
   W tym momencie coś we mnie pękło. Zacisnąłem pięści, zgrzytnąłem zębami i, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, opuściłem powieki. W tej samej chwili ze wszystkich kranów, rur i akwariów w Wielkim Domu wytrysnęła woda.
   Od razu otworzyłem oczy i przyglądałem się przez parę krótkich sekund, jak woda obryzguje czerwoną twarz Pana D. Rozluźniłem dłonie i ramiona.
   Woda momentalnie się uspokoiła.
– Czyś ty zgłupiał?! – zaskrzeczał ze złością dyrektor i zaczął kląć głośno, chodząc w kółko i wymachując rękoma, a ja, wbrew rozsądkowi, zignorowałem go i spojrzałem poważnie na mojego nauczyciela.
– Chejronie – powiedziałem. – Annabeth ma kłopoty.



********************************************************


Bam, bam, bam, BAAAM.
Wow, nawet się na czas wyrobiłam. Nie wierzę xD.
W tym rozdziale rozwinęłam nieco temat Annabeth. Wiem, że wielu z Was odczytywało wcześniejsze zachowanie Percy'ego jako kompletny brak zainteresowania jej osobą, jednak mam nadzieję, że teraz wyciągniecie inne, odpowiednie wnioski i zobaczycie, że jemu naprawdę na niej zależy, w dalszym ciągu ;). Poza tym, że jestem ciekawa, czy Wam się podobał całokształt, to chciałabym, abyście powiedzieli, czy Waszym zdaniem dobrze odwzorowałam postacie drugoplanowe :). Ich zachowanie, sposób bycia, sposób wysławiania się... no, sami wiecie ;).
No dobrze, to by było na tyle.
Trzymajcie się, herosi.
Czytajcie.
Komentujcie.
Obserwujcie (tak wielu czytelników, a tak mało obserwacji. Coś mi tu nie gra...).

Xoxoxoxo :*
Annabell di Angelo

niedziela, 1 stycznia 2017

One-Shot na życzenie #2

   Cześć wszystkim!
   Bardzo długo nie dodawałam żadnych postów, wiem, ale wiecie jak to jest szkoła, dojazdy, święta, klasówki 10 razy w tygodniu, ciągły pośpiech, wyjazdy i brak czasu to nie najlepsza mieszanka do regularnego prowadzenia bloga. Ale naprawdę staram się jak mogę, żeby wydobyć trochę czasu na pisanie i przepisywanie rozdziałów ;). Myślę, że wielu z Was rozumie moją sytuację, bo sami też często macie podobnie. Na pocieszenie powiem Wam, że rozdział dziesiąty jest już napisany jakoś w 1/4 i myślę, że zdołam go opublikować przynajmniej w ciągu dwóch tygodni. Także trzymajcie kciuki, żeby się pojawił, i to jak najszybciej! :).
   Co do posta: dedykacja dla Betona, inaczej Ducha Moich Przodków, która złożyła zamówienie na niego jako druga (Beton to dziewczyna, żeby było jasne xd).


   A teraz czas na życzenia noworoczne!


  Z okazji Nowego Roku 2017 życzę Wam, moi kochani, mnóstwa uśmiechu na twarzy, abyście spełniali swoje marzenia i ambicje, wielu sukcesów, żebyście ukończyli ten rok szkolny z jak najlepszym wynikiem. Niektórzy z Was idą w tym roku do nowych szkół, inni na studia, więc mam nadzieję, że dostaniecie się do wybranych przez siebie uczelni bez żadnych problemów. Życzę Wam również samych życzliwych ludzi i oddanych przyjaciół, a także spełnienia marzeń, szczęścia, pomyślności i bo to chyba najważniejsze zdrowia ;).

   A teraz przejdźmy do czytania!
   Enjoy ;)


Prezentowy One-Shot #2

*Perver (Percy + Grover)*


– Przykro mi, że tak to się kończy – powiedziałem, pomagając Annabeth w pakowaniu jej rzeczy.
– Mi też – odparła smętnie. – Wiesz... może tak miało być. – Odgarnęła włosy z twarzy. – Być może Trzy Mojry właśnie taką zapisały nam przyszłość. Kiedy myślę o tym w ten sposób, jest mi łatwiej. – Głos lekko jej się załamał. – Ale... nie  żałuję, Percy. Niczego.
   Uśmiechnąłem się do niej smutno.
– Ja też nie żałuję. I chciałbym, żebyśmy dalej byli przyjaciółmi, Ann. Jesteś jedną z najbliższych mi osób, wiesz o tym. Nie chcę tego stracić – powiedziałem i w napięciu poczekałem na jej reakcję.
   Spojrzała na mnie, przygnębiona i markotna, ale wygięła lekko kąciki ust w delikatnym uśmiechu i wyciągnęła do mnie ręce. Podszedłem do niej i przytuliłem ją mocno. Zaśmiała się cicho.
– To nie jest pożegnanie. Prawda? –spytałem niepewnie, czując się coraz bardziej zrozpaczony.
– Oczywiście, że nie. Niedługo znów się zobaczymy, Glonomóżdżku – powiedziała. Starała się utrzymać uczucia na wodzy, ale jej oczy, pomimo ogromnych starań, zaszkliły się.
   Nie miałem bladego pojęcia, co powinienem zrobić.
   Gdybym dalej był jej chłopakiem, mógłbym ją przytulić, pocałować w czoło i powiedzieć, że wszystko się jakoś ułoży, i że razem damy radę przez to przebrnąć. I bym ją przytulał tak długo, aż w końcu przestałaby płakać, a potem złapałbym ją za rękę i poszlibyśmy nad jezioro. I ona czułaby się lepiej, a ja tak samo. Następnie zadawałbym jej różne pytania, często banalne i oczywiste, ale ona by się tylko uśmiechała i z zadowoleniem odpowiadała na nie, aż w końcu całkowicie zapomniałaby o swoich smutkach.
   Ale już nie mogłem tak zrobić.
   Spojrzałem na nią zmieszany i rozerwany od środka, myśląc gorączkowo, co robić, ale ona zdążyła się opanować. Wytarła oczy, a ja podniosłem jej walizki. Wynieśliśmy wszystkie jej rzeczy z domu w Nowym Rzymie, w którym razem mieszkaliśmy od dwóch lat. Czułem, że będę się tam czuł bez niej bardzo samotny. Mieszkanie będzie takie puste i ciche. Miałem wrażenie, jakby jakieś żelazne ręce zaciskały się wokół mojego żołądka, gardła i serca.
   Zapakowałem jej walizki do bagażnika w taksówce, która miała ją odwieźć do domu w San Francisco.
– To już chyba wszystko – powiedziała Annabeth. – Słuchaj, Percy... odzywaj się czasem. W dalszym ciągu miło mi będzie, jeśli mnie odwiedzisz. Oczywiście nie od razu, ale... za jakiś czas. Jak już ochłoniemy po ostatnich wydarzeniach. – Córka Ateny schowała ręce w kieszenie spodni.
– Jasne. Najpierw... To znaczy, chyba powinniśmy odpocząć od siebie.
– Tak, chyba tak – odparła i na chwilę zapadła niezręczna cisza.
   Przeczesałem ręką włosy, troszkę zestresowany. W końcu zebrałem się w sobie i powiedziałem:
– Nie stracimy kontaktu, Annabeth. Obiecuję.
   Spojrzała na mnie i przełknęła ślinę. A potem, niezwykle oficjalnie i z dystansem, wyciągnęła do mnie rękę na pożegnanie.
– To... do zobaczenia – rzekła zduszonym głosem.
   Potrząsnąłem jej ręką.
– Do zobaczenia, Mądralińska.
   Odwróciła się i już miała wsiąść do samochodu, ale w ostatniej chwili zatrzymała się. Przez parę sekund stała w miejscu, po czym podbiegła do mnie i pocałowała mnie w policzek – ostatni raz. Następnie bez słowa odsunęła się ode mnie i usiadła na siedzeniu pasażera w taksówce.
   I odjechała.
   Długo jeszcze patrzyłem w ślad za nią. Słońce zaczęło zniżać się ku horyzontowi, gdy zadzwoniłem do mojego najlepszego kumpla, Grovera.
– Halo? Siema, stary. Wpadniesz do mnie? Muszę koniecznie napić się czegoś mocnego.

***

– No dobra, mam co trzeba – powiedział na przywitanie satyr i postawił reklamówki z alkoholem na stole.
– Po prostu czytasz mi w myślach – odparłem wyczerpany, wyciągając jedną z butelek.
– Oj uwierz, chłopie, obu nam się przyda – rzekł Kozłonóg smętnym głosem.
   Spojrzałem na niego uważnie, wyciągając szklanki.
– Coś nie tak z Kaliną? – spytałem.
– Ha, żebyś wiedział – prychnął. – Zdradzała mnie od pół roku, rozumiesz? I to z innym satyrem!
– Zdradzała cię? – osłupiałem. – Z kim?
– Z tym nowym, niejakim Joshem. – Niemalże wypluł jego imię. – Co z tego, że ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i mięśnie jak ci faceci z okładek magazynów sportowych? Ja mam za to piękniejsze kopyta. – Spojrzał na swoje odnóża i pociągnął nosem. – No powiedz, że mam piękne kopyta – jęknął z desperacją.
   Poklepałem go po ramieniu.
– Nie łam się, stary. Ona nie jest warta twoich łez.
– Ale nie powiedziałeś, że mam piękne kopyta – mruknął niezadowolony.
– Nie mnie to oceniać, Kozłonogu – odparłem i podałem mu szklankę z alkoholem.
   Satyr wypił wszystko jednym duszkiem i z trzaskiem odstawił naczynie na stolik.
– A co z wami? Bo chyba nie bez powodu nie ma tu rzeczy Annabeth.
   Opowiedziałem mu całą historię.
– Dziewczyny są do bani – powiedział, gdy skończyłem.
– No, mają swoje wady i zalety. Ale ja i Annabeth ustaliliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi – dodałem żałośnie.
– No tak, tak, ale zobacz. Ona tak po prostu stwierdziła, że to koniec.
– Nie no, coś tam mówiła, że między nami nie ma już tej chemii i... coś tam jeszcze. Szczerze mówiąc, byłem tak oszołomiony, że jej nie słuchałem. – Wypiłem drugą szklankę napoju, po czym otworzyłem kolejną butelkę i polałem sobie oraz Groverowi. Wznieśliśmy ponuro toast. – W sumie – rzekłem w zamyśleniu – masz rację. Dziewczyny są do bani.
– Ja też tak sądzę.
– Ustalmy coś: już nigdy nie będziemy zarywać do dziewczyn. No bo do czego one nam są potrzebne?
– Dokładnie! – krzyknął satyr. Ponownie się napiliśmy. – Faceci są lepsi!
– Zdecydowanie – przyznałem, bełkocząc lekko. Sięgnąłem po butelkę, ale okazało się, że była pusta, więc otworzyłem nową. Zrobiłem nam nowe drinki i wypiłem swojego. Który to był? Czwarty? Może piąty? Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie jestem już mocno pijany, ale po chwili namysłu stwierdziłem, że nawet jeśli jestem, to kolejny drink mi nie zaszkodzi. – Nie powinniśmy tracić czasu na kobiety. One są takie... nieczułe – rzekłem powoli. – Przychodzą i rozpalają facetów, by potem w punkcie kulminacyjnym zgasić ich jednym zdaniem.
   Grover spojrzał na mnie i zaczął się śmiać.
– Z  czego s-się cieszysz? – spytałem oburzony. – Nie ma się z czego ś-śmiać, dupku. Jesteś do ban-ni – powiedziałem zranionym głosem i czknąłem.
   Po paru sekundach Grover zaczął płakać.
– Masz rację – zabeczał. – J-jestem okropnym przyjacielem. – Wytarł nos o rękaw. – Polej mi jeszcze.
– Teraz to ty masz rację – zachlipałem. –Jesteś okropnym przyjacielem. Ale ja też – powiedziałem i załkałem głośno.
– To prawda!
– Oboje jesteśmy siebie w-warci – stwierdziłem zgorzkniałym tonem. Czułem, jak język mi się plącze i zmienia w kołek utrudniający mówienie.
– Bogowie nas muszą nienawidzić, że tak nas pokarali – jęknął mój kumpel.
– Pewnie tak. Al-le wiesz co, Kozłonogu? – Położyłem mu dłoń na ramieniu.
– No?
– Jesteś naj-lepszą rzeczą, jaka mnie w ży-życiu spotkhała – wybełkotałem, starając się mówić jak najwyraźniej.
– Naprawdę? – odparł wzruszony.
– Tak – powiedziałem pewnie i pokiwałem energicznie głową. – Najlepszą.
– To takie miłe z twojej strony, wiesz? – powiedział i czknął.
– Wiem.
– Powiedz mi – zaczął, – czy ty też czujesz taką pustkę w środku?
   Kiwnąłem głową, pijąc. Gdy ujrzałem dno szklanki, wzruszyłem beznamiętnie ramionami i rzuciłem ją za siebie. Roztrzaskała się, jak się później okazało, o ścianę. Ale nie przejąłem się tym zbytnio; miałem to w nosie, szczerze mówiąc. Po chwili, kompletnie nie przejmując się etykietą, wziąłem butelkę i zacząłem pić z gwinta.
– Musimy ją czymś wypełnić – zamyślił się Grover i potarł podbródek.
– Alkohol wydaje mi się dobrym pomysłem, wiesz?
– To za mało – prychnął satyr.
– Wiem! – wykrzyknąłem, wstając gwałtownie z miejsca. Zatoczyłem się, ale kontynuowałem, wskazując palcem na Grovera. – Zostańmy parą, przyjacielu. – I czknąłem.
   Zamyślił się.
– A co z naszą męskością? Geje nie są zbyt męskie – wybełkotał i zamrugał oczami.
   Machnąłem niedbale ręką.
– Nadal bhędziemy męscy. Podbijemy świat swoją męskhością. I pokażemy tym babom, na co nas stać, a czego one w nas nie doceniły!
– Dobra! – krzyknął. – Pokażmy im!
– Tak jest! – Podałem mu nową butelkę, a on wstał. – I niech żałują!
– Dokładnie!
   Stuknęliśmy się butelkami, po czym się z nich napiliśmy. Następnie Grover spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. A potem mnie pocałował.
   Kiedy się już ode mnie odsunął, zmrużyłem oczy w zastanowieniu.
– To było troszkę dziwne.
– Przywykniemy – zapewnił mnie.
– Okej, wierzę ci. To co teraz? – spytałem, patrząc na niego. ,,Kozłonóg?", pomyślałem niepewnie, gdy zaczął mi się rozmywać przed oczami. ,,Tak, to chyba nadal on".
– Teraz... – Beknął i zasłonił ręką usta. – Muszę do łazienki. Chyba przedobrzyłem.
   Pokiwałem głową ze zrozumieniem, a mój kumpel – nie, nie kumpel, chłopak poleciał do toalety. Walnąłem się na kanapę w salonie, przyglądając się przez dłuższą chwilę butelce.
– Dziewczyny są do bani – mruknąłem do niej.
   I zasnąłem.


*****************************************

Ta daaaaaa :D.
I jak, podobało się? Mam nadzieję, że tak, więc piszcie w komentarzach, co sądzicie ;). To było dość specyficzne opowiadanie, inne i... dziwniejsze? Tak, chyba o to chodzi xD. Ale jestem w sumie zadowolona z tego, co tutaj wyszło. A wy?
Trzymajcie się, herosi.
Czytajcie.
Komentujcie.
Obserwujcie.
I do następnego! :D

Xoxo,
Annabell di Angelo

niedziela, 20 listopada 2016

ROZDZIAŁ IX

   Benvenuto, brava gente. Przybywam do Was z nowym rozdziałem IX. Cieszycie się? :>
  Przyznaję, że ciężko mi się go pisało. Przez jakiś miesiąc skrobałam samą pierwszą stronę, aż w końcu się przełamałam i spisałam resztę w kilka dni. Jakiegoś przyspieszenia chyba dostałam, nie wiem xD.
   No dobrze, w każdym razie życzę miłego czytania :).
   Enjoy ;)


Rozdział IX

*Oczami Natalie*


   Kolekcja Nica naprawdę robiła wrażenie.
   Miał zestaw wszystkich kart i figurek, jakie można było zdobyć w tej grze, łącznie z dodatkami. Wszystkie one ledwo mieściły się na drewnianych półkach w małym pokoiku w domku trzynastym, który Nico nazwał Pokojem Wspomnień. Miał tam mnóstwo innych starych i na pozór niepotrzebnych rzeczy, na przykład lekko podartą, zdobioną czarną pelerynę z lat czterdziestych z dziurą w kapturze albo małą dziecięcą grzechotkę, dość staromodną. I ciemny kapelusz, jaki dawniej nosiły wytworne damy, jeszcze przed II wojną światową, który wisiał na podniszczonym wieszaku z ciemnego drewna. I skrzynię wypełnioną pamiątkami rodzinnymi. Wszystkie te rzeczy, pomimo swej starości i niekiedy dość złego stanu, miały w sobie pewien urok i czar - były pełne tajemnic, dawnych i nieznanych nikomu z wyjątkiem ich właściciela, a każda z nich przyciągała jak magnes, kusząc i wołając, spragnione tego, by ktoś w końcu wyciągnął je na światło dnia i wyjawił ich historię.
   Byłam tak strasznie ciekawa tych sekretów.
   Od czasu do czasu pytałam Nica o historie i pochodzenie różnych przedmiotów. O niektórych opowiadał szczegółowo i długo, z innymi się wstrzymywał. Kiedy spytałam, dlaczego nie chce o nich mówić, zacisnął tylko wargi i pokręcił głową. Nie chciałam być wścibska, więc nie naciskałam.
   Pokój Wspomnień był, mimo wszystko, bardzo przytulny i czułam się w nim komfortowo. Przechadzaliśmy się swobodnym, powolnym krokiem, nie przejmując się tym, że robiło się późno.
 - Co to jest? - spytałam w pewnym momencie i wskazałam na srebrny wisiorek z zawieszką z tego samego metalu, z wyszlifowanym kamieniem o głębokim granatowym kolorze, schowany w szklanej szkatułce, leżącej na aksamitnej poduszeczce.
   Nico przyjrzał mu się uważnie i uśmiechnął lekko.
 - Och, zapomniałem o tym.
   Otworzył delikatnie szkatułkę i ostrożnie wyciągnął wisiorek, kręcąc głową z niedowierzaniem.
 - Bogowie, byłem pewny, że to zgubiłem. - Spojrzałam na niego pytająco, więc szybko wyjaśnił. - Nie wchodzę tu zbyt często, ostatnio byłem tu jakieś dwa lata temu. Ten natłok wspomnień zawsze mnie przytłaczał.
   Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
 - Wiesz, jakby co, to możemy wyjść, tylko powiedz.
   Uśmiechnął się do mnie i ponownie spojrzał na naszyjnik.
 - Dzięki, ale chyba już nie ma takiej potrzeby. - Zrobił krótką pauzę. - To - pokazał medalik, - dostałem od mamy, kiedy byłem dzieckiem. Miał za zadanie mnie chronić w razie niebezpieczeństwa. To coś w rodzaju amuletu.
 - Twoja mama naprawdę się o ciebie troszczy. - Uśmiechnęłam się ciepło.
 - Raczej troszczyła - mruknął z cichym westchnieniem chłopak.
 - Więc twoja mama...
 - Nie żyje - dokończył bez emocji.
 - Och, przepraszam - odparłam po chwili i uniosłam rękę do ust. Poczułam się okropnie. Zastanawiałam się gorączkowo, co w takiej sytuacji powinnam powiedzieć lub zrobić, ale nie miałam pojęcia.
   Nico chyba zauważył moje zmieszanie i zmartwienie, bo powiedział:
 - Hej. - Objął mnie lekko ramieniem. Był to tak czysto przyjacielski gest - wiedziałam to - ale mimo to cała się spięłam. Chłopak spojrzał na mnie, najwyraźniej tego nie zauważając. - Nic się nie stało. Naprawdę. Minęło wiele lat odkąd jej nie ma, nie przejmuj się. Ból po jej stracie zdążył już zelżeć.
 - Ale nie minął, prawda? - Syn Hadesa pokiwał głową, odsuwając się i stając przodem do mnie. - Przepraszam, naprawdę. Nie powinnam była pytać o takie rzeczy.
 - Przecież nie wiedziałaś - zauważył.
 - Tak, ale...
 - Natty, nic się nie stało - powtórzył i wzruszył ramionami, a następnie odłożył medalik.
 - Strasznie fajnie było to wszystko zobaczyć. Lubię stare rzeczy. - Uśmiechnęłam się i schowałam ręce do kieszeni jeansów. 
 - Strasznie fajnie było znów tu przyjść - dodał Nico i zaczął zamykać wszystkie szafki i skrzynki. Mimo że żadne z nas nie wspomniało o wyjściu, wiedzieliśmy, że nie możemy tu dłużej siedzieć. - Chodź, jesteśmy już spóźnieni na kolację. Nie wiem jak ty, ale ja zrobiłem się głodny - rzekł lekko i otworzył przede mną drzwi. Dygnęłam żartobliwie i z uśmiechami na twarzach poszliśmy do kantyny.
   Po kolacji pożegnałam się z Nickiem i poszłam do swojego domku, by zdążyć przygotować się do śpiewów przy ognisku. Musiałam zabrać nuty, śpiewniki i gitarę.
   Niestety, to nie ja miałam na niej grać. Potrafię grać na skrzypcach, altówce, pianinie, lutni i mandolinie, ale za nic na świecie nie mogę się nauczyć gry na gitarze. A mówią, że to jeden z najprostszych instrumentów.
   Bzdura.
   Spojrzałam na gitarę  i westchnęłam głęboko, po czym podniosłam go i zaniosłam Sabrinie.
   Z Sabi jest z kolei sytuacja odwrotna: potrafi grać na gitarze, i to całkiem dobrze, ale tylko akordami, a inne instrumenty nie interesują jej zbytnio, a przynajmniej nauka gry na nich. Jej umiejętności i zdolności kierują się w drugą stronę, jest ona bowiem niezastąpioną lekarką obozową, lubi biologię, chemię i matematykę - taki trochę umysł ścisły. Sabrina uwielbia słuchać muzyki, ale jej tworzenie już nie tak bardzo ją pociąga. Lecz, mimo wszystko, przy obozowych piosenkach, do których potrzebne są właśnie akordy gitarowe, ona sprawdza się o wiele lepiej ode mnie.
   Podeszłam do siostry i  wręczyłam jej gitarę.
 - Och, dziękuję - powiedziała i uśmiechnęła się. - Jesteś już gotowa?
 - Tak, prawie. Muszę jeszcze tylko założyć wisiorek.
 - Ściągnęłaś go? Jak mogłaś? - zapytała z wyrzutem. Zawsze się dąsa, gdy go ściągam, i vice versa, ponieważ jedna z czterech zawieszek - liść dębu - była prezentem od niej na moje piętnaste urodziny, z kolei druga to zawieszka z rysunkiem runy *parabatai, oznaczającej przywiązanie, przyjaźń i braterstwo. Kupiłam takie dwie - jedną dla mnie, drugą  dla niej - i obie staramy się z nimi nigdy nie rozstawać.
 - Sabi, nie mogę go nosić bez przerwy, przecież wiesz. 
 - Ja swój noszę ciągle - oświadczyła. - No dobra, nie ciągle, ściągam go do spania, no ale wiesz. Tak w środku dnia? - Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą.
 - Już go zakładam, już... - Przewróciłam oczami i pobiegłam do pokoju.
   Dziesięć minut później siedziałyśmy na ławkach przy ognisku. Inni także przyszli, więc z zadowoleniem sięgnęłam po śpiewniki i zaczęłam je rozdawać.
   Wieczór minął - jak zwykle - miło i przyjemnie. Sabrina i Will grali na gitarach, a Austin podgrywał im na flecie. Mniej więcej w połowie zabawy przyszli bracia Hood'owie, którzy przyszli, by poopowiadać żarty, wykonywać sztuczki, popisać się przed ładnymi dziewczynami, a w międzyczasie też coś zwinąć. Biedna Miranda nawet nie zauważyła, kiedy zniknęła jej broszka.
   Nagle coś przykuło moją uwagę. Nie zauważyłam, kiedy Will zniknął, ale jego gitara stała samotnie oparta o ławkę. Sekundę później dostrzegłam jakiś ruch za drzewami. Od razu pomyślałam, że to mój brat - co było nieco głupie, bo równie dobrze mógł to być ktoś zupełnie inny. Mimo to, kierowana ciekawością, a może przeczuciem, wstałam i po cichu, starając się nie zwracać na siebie uwagi, podążyłam w stronę podejrzanego miejsca.
   Było już późno i ciemno, a z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej oddalałam się od tego wesołego grona przyjaciół i ogniska. Im bliżej lasu byłam, tym bardziej czułam adrenalinę i lęk, krążące w moich żyłach. Żałowałam, że nie mam przy sobie broni. Ciężar sztyletu zwisającego z mojego lewego boku na pewno dodałby mi otuchy. Ukryte ostrza też nie byłyby złe.
   Trzy metry, dwa, jeden... zawahałam się. A co, jeśli tam był potwór? Chejron często wpuszczał pojedyncze monstra do obozu, żebyśmy mogli na nich poćwiczyć i sprawdzić się w walce. Zazwyczaj nie były one bardzo groźne, o ile miało się broń przy sobie. Ja nie miałam nic. Wejście głębiej mogło równie dobrze sprowadzać się do nagłej i nieprzyjemnej śmierci.
   Potrząsnęłam głową i zacisnęłam dłonie w pięści. ,,Nie bez powodu Chejron uczył cię taekwonda", powiedziałam sobie i ruszyłam przed siebie.
   Między drzewami było jeszcze ciemniej. Rozglądałam się wokoło, ale nie zauważyłam nic podejrzanego. Po paru minutach błądzenia przystanęłam i zaczęłam nasłuchiwać. Przez moment było całkowicie cicho - po czym niespodziewanie, na prawo ode mnie, trzasnęła gałązka.
   Odwróciłam się błyskawicznie i, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, zobaczyłam Piper, Willa i Nica.
   Cała nasza czwórka znieruchomiała. Wytrzeszczyłam oczy, spoglądając na każdego po kolei.
   Piper jako pierwsza się ocknęła.
 - Eee, cześć Natty - przywitała się, starając się wyglądać naturalnie i pogodnie. - Co tutaj robisz?
 - A wy? To wygląda jak zebranie jakiegoś gangu - odparłam, przyglądając im się uważnie.
 - Nie, nie, to... - Piper starała się znaleźć słowa. - My... spotkaliśmy się tu.
 - Po co?
 - Zetknęliśmy się przypadkiem - powiedział beznamiętnie Nico i wzruszył ramionami, po czym wbił wzrok w ziemię i kopnął kamień leżący w trawie.
 - Przypadkiem? W środku lasu, wieczorem? - nie dowierzałam.
   Will, który do tej pory nie włączał się w dyskusję i wpatrywał się w swoje buty, uniósł gwałtownie głowę i powiedział ostro:
 - Natalie, nie wtrącaj się. To nie twoja sprawa.
   Przez krótką chwilę się w niego wpatrywałam, po czym prychnęłam.
 - Okej - odparłam. - Nie ma sprawy. Wybacz, że się niepokoiłam o twoje nagłe zniknięcie  i poszłam cię szukać.
 - Wybacz, ale chyba mam już siedemnaście lat i mogę bez przeszkód przejść się samemu wieczorem po lesie - odparł, podnosząc głos.
 - No nie tak ,,samemu" - skomentowałam.
   Will stracił cierpliwość.
 - Dobra, słuchaj, dziękuję, że się tak o mnie troszczysz, ale teraz naprawdę powinnaś już iść.
 - Uspokój się - odezwał się cicho Nico. W jego głosie brzmiała ostrzegawcza nuta.
 - Hej, spokojnie - powiedziała Piper, starając się złagodzić nieco ciężką atmosferę. Spojrzała na mnie z czymś, co niepokojąco przypominało współczucie. - Chłopcy wyjaśnią ci wszystko w swoim czasie. Ja przypadkowo się o tym dowiedziałam przed chwilą, ale to nie moja sprawa, więc to nie do mnie należy obowiązek powiedzenia ci o tym. - Spojrzała dobitnie na Willa.
 - Czekaj. O czym ty mówisz? - spytałam, nic nie rozumiejąc. Spojrzałam na chłopców. - Handlujecie jakimś nielegalnym towarem czy jak? O co chodzi?
   Mój brat parsknął niespodziewanie śmiechem.
 - Nie, uwierz, to jest całkowicie legalne, a przynajmniej tak mi się wydaje - powiedział, najwyraźniej bardzo tym rozbawiony.
   Nico zgromił go wzrokiem. Syn Apolla trochę spoważniał, ale w kącikach jego ust ciągle tańczył uśmiech.
   Czarnowłosy pokręcił głową, po czym skierował wzrok na mnie. Jego spojrzenie zmiękło.
 - Niczym nie handlujemy, Natty. To działka dzieci Hermesa. Widzisz, tutaj chodzi o... o coś innego.
   Patrzyłam, jak z gracją odgarnia włosy z czoła, po czym zagryza wargę i nerwowo patrzy na Willa, ten z kolei wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: ,,Ty zdecyduj". Kątem oka widziałam też Piper, stojącą nieco na uboczu, która patrzyła na całą tę scenę z dziwnym, nieokreślonym smutkiem.
   Chwila przeciągała się i dłużyła niemiłosiernie, jakby na ten jeden moment wszystkie zegary na świecie spowolniły ruch swoich wskazówek.
 - Ja nie mam z tym problemu, więc jeśli jesteś gotowy, możesz jej wszystko powiedzieć.
   Nico stał w miejscu niepewnie, zagryzając uroczo wargę. Jego oczy miały intensywny kolor, jaśniały nawet w tych ciemnościach. Nagle moje myśli zaczęły odbiegać w inną stronę. Przyjrzałam się twarzy syna Hadesa: jego kościom policzkowym, prostemu nosowi, delikatnie zarysowanym ustom, gęstym rzęsom okalającym jego obsydianowe oczy. Myślałam o tym, jak przyjemnie byłoby zatopić palce w tych rozwichrzonych włosach...
   Stop, Natalie. Stop.
   Wtedy ze strachem zdałam sobie sprawę z uczucia, które zaczęło we mnie kiełkować. Nico i ja znaliśmy się zaledwie od niecałych dwóch tygodni, to prawda. Ale odkąd mnie uratował zdążyliśmy się mocno zaprzyjaźnić. Świetnie się ze sobą dogadywaliśmy. Rozumieliśmy się nawzajem.
   Bycie zakochanym i bycie zauroczonym to dwie różne sprawy. Zauroczenie to taki wstęp do czegoś głębszego i ważniejszego - miłości. Ja nie jestem zakochana w Nicu. Nie rzuciłabym wszystkiego tylko po to, by móc się z nim zobaczyć. Nie poszłabym wszędzie tam, gdzie on, żeby móc być z nim. A czy oddałabym za niego życie? Możliwe, ale nie z powodu mojej miłości do niego, tylko dlatego, że jestem mu to winna.
   Ale nie mogłam już nic poradzić na to, że Nico di Angelo mi się spodobał. Kości zostały rzucone.
   Otrząsnęłam się nieco z zadumy, gdy syn Hadesa spojrzał na mnie, wzdychając ciężko.
 - Myślę - zaczął ponuro, - że zachowalibyśmy się nie w porządku, gdybyśmy teraz jej wszystkiego nie wyjaśnili. 
 - Więc o co chodzi? - spytałam zniecierpliwiona.
   Chłopcy spojrzeli na siebie, a Piper stanęła obok mnie.
 - Chodzi o to, że... - zaczął Will.
 - Ja i twój brat chodzimy ze sobą - wyrzucił w końcu Nico.
   Stałam nieruchomo, starając się przetrawić te słowa.
 - Co? - wydusiłam, a Will położył mi rękę na ramieniu.
 - Wiem, że jesteś zaskoczona, ale... spróbuj nas zrozumieć. Dla nas to też nie jest łatwe.
   Mrugałam powiekami, próbując się ocknąć z szoku. Jak to możliwe, że do tej pory nic nie zauważyłam?
   Jak to możliwe, że zauroczyłam się w chłopaku, który chodził z moim bratem?
   Zamknęłam oczy, bo na samą myśl o tym zrobiło mi się słabo.
 - Natty, wszystko dobrze? - zapytała córka Afrodyty.
 - T-tak, jest okej. - Spojrzałam na nią, siląc się na uśmiech. - Dzięki.
 - Na pewno? Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć - zaniepokoił się Will.
 - Nie, nie, naprawdę. Jest dobrze. Cieszę się, że jesteście szczęśliwi, oboje. - Spojrzałam na brata z wysiłkiem i uniosłam kąciki ust.
   Will przytulił mnie.
 - Dziękuję - wyszeptał mi we włosy, tak, że tylko ja usłyszałam. Poklepałam go po plecach i spojrzałam na Nica. Uśmiechnęłam się do niego najszczerzej, jak mogłam, chociaż miałam wrażenie, jakby z każdą kolejną sekundą spędzoną z nimi coraz bardziej brakowało mi powietrza.
 - Nikomu nie powiem. Nie musicie się tym martwic - zapewniłam ich.
   Piper odprowadziła mnie do domku siódmego. Była bardzo przyjacielska i miła, w drodze praktycznie cały czas rozmawiałyśmy. Ona też była w szoku, choć nie w tak ciężkim jak ja.
 - Widzisz, już od jakiegoś czasu wiem, że Nico jest gejem - mówiła. - Gdy lecieliśmy na Argo II, wszyscy się bliżej poznaliśmy. On co prawda nie należał do Siódemki...
 - Wielkiej Siódemki - poprawiłam ją, na co ona machnęła ręką. - Jesteś zbyt skromna, Piper.
 - Jak zwał, tak zwał. W każdym razie, Nico mimo wszystko należał do drużyny. Później się dowiedzieliśmy, że był zakochany w Percy'm.
   Wybałuszyłam oczy.
 - Żartujesz.
 - Wcale nie. - Córka Afrodyty pokręciła głową. - Potem mu przeszło i zauroczył się w Willu. Nie wiedziałam jednak, że Will też jest homo - dodała na koniec.
   Pożegnałam się z Piper i ruszyłam do swojego pokoju. Pozostali byli jeszcze przy ognisku, w domku nie było nikogo poza mną.
 Mogłam sobie pozwolić na łzy.


********************************************


*parabatai - skorzystałam tutaj z książki ,,Dary Anioła" Cassandry Clare.


Koniec :). Piszcie w komentarzach, co o tym sądzicie. Podobało się? Jakieś błędy? Coś, gdzieś? xD.
A tak z innej beczki: kto oglądał dzisiaj ,,Krainę Lodu"?
* - Olaf, topisz się.
  - Bo dla niektórych to warto się roztopić.*
Przeurocze <3
No dobra, do kolejnego razu!
Trzymajcie się, herosi.
Czytajcie.
Komentujcie.
Obserwujcie.
Xoxo :*
Annabell di Angelo